Gdy pod koniec XX wieku załamał się proces pokojowy zapoczątkowany w Oslo, a Palestyńczycy powrócili do strategii terroru, lewica stanęła przed koniecznością odejścia albo od poparcia dla ruchu palestyńskiego, albo od swej sztandarowej wrogości wobec antysemityzmu. To pierwsze było jednak niemożliwe, gdyż w manichejskim obrazie świata podzielonego na siły postępu i siły reakcji musiałoby oznaczać przejście do obozu amerykańskiego, a więc zdradę o niewyobrażalnych rozmiarach. Nie mogąc zdradzić manicheizmu, lewica musiała zdradzić Żydów – pisze Konstanty Gebert.

Odkąd W 1879 roku niemiecki dziennikarz Wilhelm Marr ukuł termin „antysemityzm” na określenie politycznej wrogości wobec Żydów, pojęcie to było związane z prawicą. To partie nacjonalistyczne i klerykalne głosiły, że Żydzi są zagrożeniem dla cywilizacji Zachodu, i domagały się pozbawienia ich praw, zamknięcia w gettach lub wypędzenia; w międzywojennej Polsce program taki głosiły partie endeckie. Zarazem to partie centrum i lewicy, od liberałów po socjalistów i komunistów, broniły praw Żydów, uważając ich dyskryminację za niedopuszczalną już to w państwie liberalno-demokratycznym, już to w postulowanym, a opartym na powszechnej równości przyszłym ustroju socjalistycznym. Nie od razu zresztą: sprawa Dreyfusa jeszcze pod koniec XIX wieku głęboko podzieliła francuskich socjalistów. Ale po objęciu przez Hitlera władzy w Niemczech, a zwłaszcza po dokonanej przez hitlerowców zagładzie Żydów Europy, związek antysemityzmu z prawica stał się w dyskursie politycznym nierozerwalny. Hasło „Nigdy więcej!”, powtarzane jak mantra od czasu wyzwolenia Europy, oznaczało zarazem „Nigdy więcej faszyzmu” i „Nigdy więcej antysemityzmu”. Stało się ono fundamentem współczesnej europejskiej myśli politycznej: od 1945 roku partie prawicowe musiały udowadniać, że nie są antysemickie, by móc w ogóle zaistnieć na politycznej scenie. Lewica zaś była z definicji anty-antysemicka.

 

Tak jednak już nie jest. Alain Finkielkraut – obok Bernard-Henry Levy’ego i André Glucksmanna[1], jeden z trzech głośnych „nowych filozofów” pokolenia wyrosłego z francuskiego Maja l968 roku – w zbiorze esejów W imię innego pokazuje, jak to się stało. Ci trzej myśliciele, równie chętnie zabierający głos na łamach prasy codziennej i w bezpośredniej działalności politycznej, jak w uczonych traktatach, zrewolucjonizowali francuski dyskurs polityczny. Wszyscy wywodzą się z radykalnie kontestatorskiego zrywu francuskiego Maja, wszystkich też ich kontestacja zaprowadziła do radykalnych rozliczeń z dominującą ideologia lewicową. Na przestrzeni trzydziestu lat Finkielkraut stał się myślicielem wręcz konserwatywnym, dążąc do osiągnięcia pozycji podobnej do tej, jaką na francuskiej scenie politycznej zajmował Raymond Aron. Upatruje on nadal w totalitaryzmie I jego nieuchronnej konsekwencji – ludobójstwie – największe zagrożenie dla ludzkości. Zaś totalitaryzm – powtarza Finkielkraut za Hannah Arendt, która była jednym z jego maitres á penser – może być tak lewicowy, jak i prawicowy. ,,Nie można dziś być humanistą w ten sam sposób, jak za czasów Victora Hugo” – powiedział w jednym z wywiadów prasowych. „Kultura nie wyklucza już zła. Barbarzyństwo nie jest już przeciwieństwem cywilizacji”. Teza taka stanowi radykalne wyzwanie dla tradycyjnej postępowości lewicy, postrzegającej historię jako niepowstrzymany postęp ludzkości, przeciwstawiający się złu i zwalczający je. Dziś zło jest częścią tego postępu, potencjalnie obecne nawet w najbardziej szlachetnych porywach ludzkiego ducha. „Każdej szczodrości ducha zagraża jej własny stalinizm”, mawia cytowany przez Finkielkrauta Emmanuel Lévinas, jego filozoficzny mistrz; Finkielkraut jest zresztą przewodniczącym Francuskiego Towarzystwa Lévinasowskiego.

 

Jeżeli więc tradycyjny humanizm nie jest już nośnikiem wszelkich wartości, to jego polityczne przeciwieństwo – nacjonalizm – nie musi być ucieleśnieniem wszelkiego zła. Finkielkraut na początku lat 90. ponownie zerwał z dominującą ortodoksją, gdy na początku konfliktu bałkańskiego poparł dążenia niepodległościowe Chorwacji, mimo ewidentnego nacjonalizmu jej przywódców, przeciwko socjalistycznej wszak i wieloetnicznej, a więc obiektywnie postępowej posttitowskiej Jugosławii. Jego kolega Bernard-Henry Levy w podobny sposób zaangażował się po stronie bośniackiej. W obu przypadkach zadecydowało totalitarne oblicze serbskiego nacjonalizmu i prawo małych narodów do życia tak, jak same chcą, choćby i wbrew unifikującej funkcji postępu. Minimalizacja realnego zła była dla tych paryskich myślicieli ważniejsza niż potencjalna maksymalizacja dobra.

 

Finkielkraut – angażując się po stronie małych narodów, jak Chorwaci czy na przykład Ormianie, których wspiera w walce o uznanie przez Turcję ludobójstwa, jakiego dokonała na nich w 1915 roku – dość długo nie wypowiadał się na temat konfliktu bliskowschodniego. Jego książka z 1983 roku, Le Juif imaginaire (Żyd z urojenia), była czymś w rodzaju zbiorowej biografii pokolenia francuskich Żydów, do którego on sam należy. Urodzeni po wojnie z rodziców, którzy ocaleli z Zagłady (ojciec Finkielkrauta, żydowski kuśnierz z Polski, był więźniem Auschwitz), odziedziczyli ich męczeństwo, lecz oczywiście nie cierpienie. Żydowską legendę, lecz nie tożsamość. Finkielkraut z mistrzowską, zabarwioną empatią złośliwością analizował ten osobliwy stan ducha, właściwy zresztą nie tylko francuskim Żydom tego pokolenia; nie proponował jednak żadnych dróg wyjścia z opisywanej przez siebie pułapki. Jego kolega z francuskiego Maja, zmarły kilka lat temu w Jerozolimie Benny Levy, drogę taką znalazł. Został studentem słynnej Yeshiva des Êtudiants[2] w Strasburgu, a następnie, już jako ortodoksyjny Żyd, zrobił aliję[3]. W Izraelu został jednym z ważniejszych interpretatorów Lévinasa.

 

Ta droga jednak była dla zdecydowanie świeckiego Finkielkrauta niedostępna. Jego żydowska tożsamość kształtowała się bardziej w relacji z Izraelem niż z Pismem. Stał się z upływem lat ważnym komentatorem wydarzeń bliskowschodnich, lecz nie w ich politycznym aspekcie: bardziej interesowało go to, jak wydarzenia te są postrzegane za granicą, zwłaszcza we Francji. Z rosnącym niepokojem i oburzeniem odnotowywał coraz bardziej jednostronną ich percepcję, przenikanie do komentarzy na temat tego konfliktu starych treści antysemickich, a także formowanie się nowej, nieoczekiwanej koalicji postępowców i islamistów, jawnie antyizraelskiej, podskórnie antysemickiej i jednoznacznie antyliberalnej. W islamizmie – lecz, oczywiście, nie w samym islamie: Finkielkraut był we Francji jednym z krytyków antymuzułmańskich pamfletów Oriany Fallaci – dostrzega odrodzenie się starej pokusy totalitarnej, trawiącej w Europie tak prawice, jak lewicę. Jego potępienie sojuszu lewicowo-islamistycznego wiąże się nie tylko z zagrożeniem, jakie niesie on dla Żydów (choć Finkielkraut, inaczej niż wielu innych żydowskich intelektualistów, nie uważa, by w przeciwstawianiu się przez Żydów niesprawiedliwym na nich napaściom było coś wstydliwie zaściankowego). Jego zdaniem sojusz ten zagraża także podstawowym zasadom liberalno-demokratycznego ładu i w tym sensie walka z nim jest – a w każdym razie powinna być – nie tylko żydowskim zadaniem.

 

Finkielkraut nie prezentuje tu historycznej ewolucji tego nieoczekiwanego sojuszu. Zajmuje się nim w płaszczyźnie analizy dyskursu publicznego, jawnego i skrytego, propagowanego przez rzeczników antysyjonizmu. Pokazuje, jak dyskurs ten delegitymizuje nie tylko państwo żydowskie, lecz po prostu samych Żydów, i to w imię wartości humanistycznych, które w ubiegłym wieku, za biorąca ich w opiekę lewicą, Żydzi wypisali na swoich sztandarach. „Żydzi stali się podejrzani”, powtarza w licznych wywiadach. Podejrzani o to, że swe zbiorowe interesy stawiają ponad dobrem ogółu, że w świecie, który dąży do uniwersalnego braterstwa, pragną pozostać partykularni – i że w imię obrony tego partykularyzmu odmawiają Palestyńczykom prawa do korzystania ze słusznie im się należących uniwersalnych praw. W tej optyce konflikt izraelsko-palestyński nie jawi się jako starcie dwóch racji, między którymi trzeba wypracować jakiś dający się utrzymać kompromis, lecz jako starcie obiektywnego dobra, które uosabia walka Palestyńczyków o niepodległość, i obiektywnego zła, jakim jest „kolonialna” i „rasistowska” polityka Izraela. To, że Izrael jest demokracją, pogarsza jedynie jego moralne położenie, oznacza bowiem, że tę politykę ,,obiektywnego zła” świadomie popiera większość jego obywateli. Skoro tak, to nie sposób już przeprowadzić rozróżnienia między ową polityką, państwem, które ją prowadzi, obywatelami, którzy w wolnych wyborach za taką właśnie polityką się opowiadają, i Żydami z diaspory, o ile są z Izraelem solidarni. W tej optyce jedynie Żyd-antysyjonista ma prawo uczestniczyć w publicznym dyskursie. Żyd z diaspory, który odmawia odcięcia się od obiektywnego zła polityki państwa odwołującego się wszak i do jego poczucia solidarności, przestaje być partnerem do rozmowy. Staje się częścią problemu, nie częścią debaty.

 

Ale jak doszło do tego, że antysemityzm, jak mówi Finkielkraut, zmienił obóz? Powojenne utożsamienie antysemityzmu i prawicy, absolutnie zrozumiałe w świetle zbrodni faszyzmu, upraszczało bardziej skomplikowana rzeczywistość. Z jednej bowiem strony ignorowało ono fakt, że znaczna część prawicy nie była aktywnie antysemicka, a przynajmniej nie akceptowała dyskryminacji Żydów jako niedającej się pogodzić z wartościami chrześcijańskimi lub konserwatywnymi. Nawet faszyzmy niekoniecznie były antysemickie: Mussolini przyjął ustawy rasowe dopiero w 1938 roku, pod bezpośrednią presją Niemiec; Hiszpania Franco udzielała, acz niechętnie, schronienia niektórym żydowskim uchodźcom. Z drugiej zaś strony, anty-antysemityzm lewicy bywał mocno warunkowy. Artykuł W kwestii żydowskiej Karola Marksa przepojony był antysemicką retoryką: postulowany przezeń lepszy ustrój miał wyzwolić ludzkość z ucisku, a Żydów uwolnić od nich samych, umożliwiając im wtopienie się w nowe społeczeństwo pozbawione różnic narodowych, klasowych czy kulturowych. Marks pochodził z zasymilowanej rodziny żydowskiej i jego poglądy w tej kwestii należy postrzegać tyleż w perspektywie politycznej, co psychoanalitycznej. Jego niemiecki współpracownik Fryderyk Engels mawiał za to o antysemityzmie, że jest ,,socjalizmem idiotów” atakujących burżuazję żydowską za to, że jest żydowska, a nie za to, że burżuazyjna. Zaś w państwach „realnego socjalizmu” powstałych jako realizacja ich wizji oficjalnie potępiany antysemityzm często realizowano w praktyce, tyle że pod inną nazwą: walki z ,,burżuazyjnym nacjonalizmem” czy „klerykalizmem” przed powstaniem Izraela i – przede wszystkim – „antysyjonizmu” po jego powstaniu.

 

Zasadnicza różnica między radykalna prawicą a lewicą w kwestii żydowskiej polegała więc na tym, że radykalna prawica głosiła, iż dla Żydów w postulowanym przez nikt społeczeństwie nie będzie miejsca na żadnych warunkach, lewica zaś, przeciwnie, twierdziła, że dla Żydów jest jak najbardziej miejsce, na warunkach takich samych, jak dla wszystkich. W skrajnej wersji obu programów była to różnica między Treblinką a Kołymą: nic więc dziwnego, że Żydzi, którzy przeżyli wojnę w ZSRR, woleli jednak komunizm od faszyzmu. Kołyma mordowała bez rasowych uprzedzeń, i to nie wszystkich; Treblinka mordowała wszystkich Żydów. To właśnie Treblinka sprawiła, że w oczach Żydów, oraz lewicy, związek między antysemityzmem a prawicą stał się nierozerwalny i postrzegany był jako strukturalny. Nie było to jednak nieuchronne: zagłada Żydów wbudowana była wprawdzie w program hitlerowskiego faszyzmu, lecz nie wszystkich faszyzmów, a już na pewno nie prawicy jako takiej. Gdyby nie było Hitlera, to Stalin jawiłby się zapewne jako największy morderca Żydów w XX wieku. Zwłaszcza że wszystko wskazuje na to, iż jedynie jego śmierć w 1953 roku zapobiegła wprowadzeniu w życie projektu budowy nowego gułagu, tym razem tylko dla Żydów.

 

Pojawienie się ruchu syjonistycznego, a następnie powstanie Izraela, dodatkowo skomplikowało pozornie klarowny podział na antysemicką prawicę i broniącą Żydów lewicę. Lewica – w tym żydowska – od początku atakowała syjonizm jako ruch nacjonalistyczny, a więc mieszczański. Prawica zaś miała doń stosunek bardziej zróżnicowany, wyznaczany nie tyle przez fakt, że był to ruch żydowski, ile przez jego potencjalną wartość jako ewentualnego sojusznika na scenie politycznej. Brytyjski rząd Lloyda George’a, który w 1917 roku wydał Deklarację Balfoura[4] bynajmniej lewicowy nie był. Za to decyzja władz bolszewickich zakazująca działalności w Rosji Sowieckiej organizacji syjonistycznych stanowiła w tym względzie faktyczną kontynuację polityki władz carskich. Z drugiej strony lewica syjonistyczna w Europie dążyła do współpracy z innymi ugrupowaniami lewicowymi, zaś w ostatnich latach Drugiej Rzeczypospolitej rząd, mimo swej antysemickiej polityki wewnętrznej, ochoczo współpracował ze skrajną prawicą syjonistyczną Włodzimierza Żabotyńskiego, nielegalnie dostarczając broń dla jej podziemnych ugrupowań zbrojnych w brytyjskiej Palestynie. To prawicowy rząd brytyjski Chamberlaina drastycznie ograniczył, pod presją arabską, imigrację żydowską do Palestyny w 1939 roku. Niemniej prawicowy rząd Winstona Churchilla kontynuował tę politykę przez cały czas trwania drugiej wojny światowej, zabijając tysiące uchodźców, którym udało się uciec z okupowanej Europy. Także lewicowy rząd Clementa Attlee polityki tej po wojnie nie zmienił i odsyłał tysiące uchodźców do obozów, w tym do obozów w Niemczech, co doprowadziło w końcu do wybuchu w Palestynie antybrytyjskiego powstania.

 

Sowieckie poparcie dla niepodległości Izraela, kluczowe z punktu widzenia pozytywnego rozstrzygnięcia przez ONZ tej kwestii, znikło natychmiast, gdy tylko okazało się, że nowe państwo nie zamierza być prosowieckie, a mimo to Żydzi w bloku sowieckim okazują mu entuzjastyczne poparcie. Zwycięstwo Izraela w wojnie sześciodniowej 1967 roku z popieranymi przez Moskwę państwami arabskimi umieściło państwo żydowskie, na sowieckiej mapie świata, w bloku państw imperialistycznych, więc wrogich, i sprawiło, że tłumiony dotąd antysemityzm stał się w wielu z nich niemal oficjalną polityką. Dla zachodniej lewicy sprawa nie była jednak oczywista: popierane przez ZSRR państwa arabskie były reakcyjnymi dyktaturami, zaś Izrael jedyną bliskowschodnią demokracją. Sympatia lewicy dla Izraela wynikała także z jej antyfaszyzmu i europejskiego poczucia winy za Zagładę, jak również z antykolonialnego charakteru izraelskiej wojny o niepodległość i poparcia, jakim w latach 60. państwo żydowskie cieszyło się wśród części państw postkolonialnych. Dopiero walka Palestyńczyków o swoje prawa, postrzegana jako prawdziwie antykolonialna, i izraelska inwazja na Liban w 1982 roku zmieniły definitywnie postawę zachodniej lewicy: Izrael z ofiary przemocy stał się jej sprawcą, z antykolonialnego powstańca – okupantem. W krystalizacji postaw dopomogła rosnąca izolacja państwa żydowskiego na arenie międzynarodowej: do nieubłaganej wrogości bloku sowieckiego i Ligi Arabskiej dołączył bojkot państw trzeciego świata i – po części wymuszona arabskim szantażem naftowym – rosnąca niechęć Wspólnoty Europejskiej. Wnet w ONZ Izrael mógł liczyć niemal jedynie na USA i ich reakcyjnych sojuszników: Iran szacha, Chile Pinocheta, RPA czasów apartheidu. Zepchnięcie państwa żydowskiego do „obozu reakcji” doskonale ilustruje mechanizm samo spełniającej się przepowiedni.

 

Jedynym czynnikiem ograniczającym identyfikację zachodniej lewicy z propalestyńskim ruchem antysyjonistycznym było nie tylko jego antyizraelskie, lecz także po prostu antyżydowskie oblicze. Ofiarami terrorystycznych ataków padały nie tylko cele w Izraelu, lecz obiekty żydowskie na całym świecie: żydowscy emigranci w Austrii, synagoga w Paryżu, ośrodek żydowski w Buenos Aires. Co więcej, ofiarami ataków terrorystycznych w samym Izraelu padali przede wszystkim cywile. Lewicy trudno było zaakceptować, że popierany przez nią ruch zajmuje się, choćby i w słusznej sprawie, przede wszystkim zabijaniem Żydów: tak bowiem dotąd postępowali nie jej sojusznicy, lecz śmiertelni wrogowie. Lewica potępiała więc akty terrorystyczne, wyrażając zarazem aprobatę dla celów deklarowanych przez ich sprawców. Ta schizofreniczna sytuacja nie mogła jednak trwać w nieskończoność. Gdy pod koniec XX wieku załamał się proces pokojowy zapoczątkowany w Oslo, a Palestyńczycy powrócili do strategii terroru, lewica stanęła przed koniecznością odejścia albo od poparcia dla ruchu palestyńskiego, albo od swej sztandarowej wrogości wobec antysemityzmu. To pierwsze było jednak niemożliwe, gdyż w manichejskim obrazie świata podzielonego na siły postępu i siły reakcji musiałoby oznaczać przejście do obozu amerykańskiego, a więc zdradę o niewyobrażalnych rozmiarach. Nie mogąc zdradzić manicheizmu, lewica musiała zdradzić Żydów.

 

Zarysowanie tego historycznego tła, nieobecnego w esejach Finkielkrauta, wydaje mi się niezbędne, by lepiej zrozumieć zjawisko, o którym pisze autor. Nie twierdzi on bynajmniej, że stary antysemityzm prawicy zanikł; uważa jednak, że pozostaje izolowany i niegroźny. Groźny natomiast jest nowy antysyjonizm sojuszu postępowo-islamistycznego, delegitymizujący i państwo żydowskie, i samych Żydów. Stara prawica zarzucała Żydom kosmopolityzm i komunizm, dążenie do przeniknięcia do społeczeństw europejskich, by je swoimi wywrotowymi, uniwersalistycznymi ideami rozłożyć od środka. Nowa lewica, przeciwnie, zarzuca im separatyzm i nacjonalizm, odgradzanie się od uniwersalizmu – i pozbawianie Palestyńczyków siłą przysługującego im prawa do korzystania z jego dobrodziejstw. Finkielkraut przypomina, jak to w drugiej turze ostatnich francuskich wyborów prezydenckich nowa lewica, dość nieprawdopodobnie skupiona wokół hasła reelekcji umiarkowanie prawicowego Jacques’a Chiraca, pokonała kandydata skrajnej prawicy Jean-Marie Le Pena – który w pierwszej turze pokonał kandydata socjalistów. Sytuacja ta przypomina, politycznie i psychologicznie, polskie wybory prezydenckie z roku 1990, kiedy to Stanisław Tymiński, pokonując w pierwszej turze Tadeusza Mazowieckiego, w drugiej zmierzył się z Lechem Wałęsą, którego w tej sytuacji poparł cały skłócony obóz solidarnościowy. Dla Finkielkrauta poczucie triumfu po francuskiej drugiej turze było jednak doświadczeniem ambiwalentnym. Przepojona poczuciem solidarności i braterstwa młodzież, która walnie przyczyniła się do triumfu Chiraca – pisze autor – to zarazem ta sama młodzież, która utożsamia się z ideologią postępowo-islamistyczną, delegitymizującą i Izrael, i Żydów. Tym, którzy upatrują zagrożenie po stronie tej ideologii, trudno było świętować.

 

Obraz Francji roku 2003, jaki wyłania się z esejów Finkielkrauta, jest istotnie ponury i jego autor był atakowany za nadmierne dramatyzowanie sytuacji. Zarzut ten jest jednak nieuprawniony: tylko w owym roku odnotowano we Francji ponad pięćset incydentów antysemickich, w tym podpalenia i akty wandalizmu, jakie dotknęły dwadzieścia synagog i innych obiektów żydowskich. Chodzenie w kipie bywa istotnie niebezpieczne, i to nie tylko w arabskich dzielnicach – doświadczyłem tego osobiście. Hasła „Śmierć Żydom!” bywają skandowane na demonstracjach propalestyńskich lub też w czasie protestów przeciwko wojnie w Iraku – choć zaznaczyć należy, że ostatnimi czasy niektórzy przynajmniej organizatorzy takich demonstracji dystansują się wobec tego rodzaju haseł. Jak wynika z dramatycznego raportu opublikowanego przez grupę francuskich nauczycieli, w niektórych szkołach istotnie niemożliwe jest nauczanie na temat Zagłady, gdyż uczniowie protestują, że jest to propaganda syjonizmu, i fizycznie zagrażają nauczycielom.

 

Władze państwowe, które zrazu bagatelizowały te wydarzenia, podjęły ostatnio bardziej stanowcze kroki zapobiegawcze i zaradcze i niektórzy przynajmniej sprawcy stają teraz przed sądem. Zarazem jednak propagandę antysemickąchroni prawo o swobodzie wypowiedzi: popularny komik Dieudonné, który występował w telewizji w stroju rabina, z ramieniem podniesionym w hitlerowskim pozdrowieniu, krzycząc „Heil Israell”, został oczyszczony z zarzutu podżegania do nienawiści. Mimo to, niedawne wezwanie premiera Szarona do francuskich Żydów, by w trosce o swe bezpieczeństwo schronili się w Izraelu, było nie tylko niewłaściwe, lecz także groteskowo nieadekwatne, i zresztą Finkielkraut jednoznacznie je odrzucił. Rzecz nie w tym, że żydostwo francuskie jest zagrożone, bo nie jest; by stało się inaczej, państwo musiałoby poprzeć antysyjonistów lub przynajmniej ogłosić swą neutralność, co jest oczywiście jawnym nieprawdopodobieństwem. Jest jednak prawdą, że liczni francuscy Żydzi mają pełne prawo czuć się zagrożeni, a także w swoim zagrożeniu samotni.

 

Przeciwdziałanie werbalnym i fizycznym antysemickim napaściom byłoby zapewne łatwiejsze, gdyby ich sprawcami byli faszyzujący etniczni Francuzi, w rodzaju zwolenników Frontu Narodowego Le Pena. Ci jednak, choć sam Le Pen w przeszłości miał na swoim koncie antysemickie wyskoki, wystrzegają się obecnie takich wystąpień jak ognia, zaś przywódca Frontu kilkakrotnie wyrażał publicznie swą sympatię dla Izraela jako sojusznika w walce z „arabską nawałą”. Znakomita większość sprawców owych napaści to nieletni chuligani, określani eufemistycznie „młodzieżą z przedmieść”. Są to dzieci imigrantów, głównie z arabskiej Afryki Północnej, źle lub wcale niezintegrowane z francuskim społeczeństwem, a zarazem mocno przesiąknięte tak propalestyńską, jak islamistyczną propagandą. Napadając na francuskich Żydów, nie tylko mszczą w swoim mniemaniu arabskie ofiary intifady, nie tylko odpowiadają na pojawiające się w części meczetów wezwania do dżihadu – lecz także biorą odwet za swoje wykluczenie, tylko po części zawinione przez ich własne środowisko, wykluczenie z „białej” Francji, której Żydzi obecnie są częścią.

 

Finkielkraut o tym mówił i pisał w czasach, gdy polityczna poprawność i obawa przed zarzutem rasizmu kazała ten kluczowy aspekt przemilczeć. Nie tylko we Francji zresztą: gdy przygotowany na zamówienie Unii Europejskiej raport o antysemityzmie w Europie wskazał środowiska dzieci muzułmańskich imigrantów jako główny rozsadnik antysemityzmu, władze Unii usiłowały zrazu ten raport ocenzurować, a następnie zdezawuować. We Francji zaś Finkielkraut i kilku innych komentatorów o domniemanym żydowskim pochodzeniu zostali zaatakowani za grzech „komunotaryzmu”, czyli ,,wspólnotowości”, będący we współczesnym francuskim języku politycznym niezwykle poważnym zarzutem. Oznacza on wspomnianą już rzekomą tendencję Żydów (choć z założenia niekoniecznie tylko ich), by swe grupowe interesy przedkładać nad dobro wspólne. Przeprowadzony w mediach atak na owych domniemanych „komunotarystów” był niezmiernie charakterystyczny. Tym, co ich łączyło, miał być krytyczny stosunek do bloku postępowo-islamistycznego. Część zaatakowanych jest, jak Finkielkraut, pochodzenia żydowskiego – i temu ich pochodzeniu przypisano stanowisko, jakie zajmują. Pochodzenie innych nie było znane, a więc przypisano im pochodzenie żydowskie, by wyjaśnić zajmowane przez nich stanowisko. Trudno o bardziej jaskrawy przykład konsekwencji owej ideologicznej inwersji antysemityzmu, o której pisze Finkielkraut. Jeżeli jesteś Żydem i krytykujesz postępowo-islamistyczny blok, to czynisz to dlatego, że jesteś Żydem i bronisz swoich interesów. Jednocześnie, jeśli krytykujesz ten blok, to znaczy, że jesteś Żydem. Dyskurs krytyczny wobec obowiązującego jest więc z konieczności żydowski, a jako taki – pozbawiony prawomocności. Trudno nie widzieć tu analogii do klasycznego komunistycznego sposobu rozprawiania się z krytykami, których uznawano albo za burżujów, albo za sługusów burżuazji. Tu diagnoza Finkielkrauta sprawdza się w całej rozciągłości.

 

Eseje Finkielkrauta traktują o konsekwencjach nowego lewicowego antysemityzmu, nie o jego przyczynach, wskazując jedynie na strukturalną łączność demonizacji Izraela i Żydów w ogóle. Nie sposób jednak nie zadać pytania o to, dlaczego ten nowy antysemityzm stał się tak bardzo popularny, a także o to, jaka krytyka Izraela jest uprawniona. To, że Finkielkraut tego drugiego pytania nie zadaje, budzi jednak moją sympatię, wysuwane ono bowiem bywa często w sposób nieuczciwy. Ci, którzy je stawiają, zdają się sugerować, że ci, którzy ujawniają i piętnują postępującą delegitymizację państwa żydowskiego oraz Żydów, w istocie chcą zdelegitymizować wszelką krytykę tego państwa i tych, którzy ją uprawiają. Gdyby tak było w istocie, dałoby to nowym antysemitom znakomity argument: bowiem, jeśli byłoby prawdą, że wszelka krytyka Izraela jest w istocie antysemicka, to być może w oczach niektórych zdelegitymizowałoby to tę krytykę – lecz w oczach innych zapewniłoby legitymizację antysemityzmowi. Przypuszczać można, że bilans wyszedłby antysemitom na plus. I stwierdzić przy tym trzeba, że niektóre oficjalne reakcje izraelskie, jak również reakcje niektórych organizacji żydowskich z diaspory na krytykę polityki żydowskiego państwa, dostarczają takiej postawie znakomitej pożywki.

 

Stwierdzenie, że Izrael, podobnie jak każde inne państwo, podlega krytyce, jest tyleż oczywiste, co krępujące, sugeruje bowiem, że autor może przypuszczać, iż dla kogoś oczywistym ono może nie być, a takie przypuszczenie jest właściwie obelżywe dla wszystkich zainteresowanych. Od chwili powstania państwa żydowskiego polityka jego kolejnych rządów jest zajadle krytykowana przez izraelską opozycję to z lewa, to z prawa, zależnie od tego, jaka koalicja jest u władzy, oraz przez całkowicie niezależną i pluralistyczną prasę, a przede wszystkim przez izraelską opinię publiczną. Niewiele jest krajów, w których –jak podczas wojny w Libanie – co dwudziesty obywatel wyszedłby na ulicę, by protestować przeciwko temu, że armia nie wykazała się należytą starannością w dbałości o bezpieczeństwo ludności cywilnej przeciwnika. Demonstracje prawicy, której zdaniem armia nie wykazywała się należytą starannością w dbałości o bezpieczeństwo swej własnej ludności, bywały zresztą niemniej liczne. Każda niemal decyzja każdego rządu izraelskiego spotykała się z protestami jakichś grup ludności, często zresztą z przeciwstawnych pozycji. Jeżeli by tylko o to chodziło, to zewnętrzni krytycy polityki izraelskiej spokojnie mogliby zadowolić się powtarzaniem krytyki formułowanej przez samych Izraelczyków.

 

Lecz oprócz krytyków izraelskiej polityki są też krytycy Izraela jako państwa, nie protestujący przeciwko takiemu czy innemu aspektowi jego polityki, lecz przeciwko samemu jego istnieniu, w każdym razie w jego obecnej postaci. Ale nie tylko: Izrael jest jedynym państwem członkowskim ONZ, którego zniszczenie jest oficjalnie deklarowanym celem polityki zagranicznej innego państwa członkowskiego: Iranu (a przed obaleniem Saddama Husajna było ono celem także i Iraku). W mniej radykalnej postaci tej krytyki Izrael jawi się jako państwo-agresor, bezprawnie okupujący cudzą ziemię. Okupacja tej samej ziemi w latach 1948-67 przez inne państwa: Jordanię i Egipt, protestów takich jednak nie wywołała. Podobnie jak nie wywołała ich okupacja Erytrei przez Etiopię i Timoru Wschodniego przez Indonezję, czy trwająca nadal okupacja Kaszmiru przez Indie, Sahary Zachodniej przez Maroko, czy Tybetu przez Chiny. Rzecz jasna, w każdym z tych przypadków da się przywołać pojedyncze inicjatywy dyplomatyczne czy nawet publiczne protesty – jednak nie na taką skalę, jak wielotysięczne demonstracje w stolicach demokratycznej Europy, odbywające się pod hasłami ,,Izrael morderca!” i ,,Palestyna zwycięży!”. Zwłaszcza to ostatnie hasło ma szczególny wydźwięk, gdy pamiętamy, że dla znacznej części organizacji palestyńskich zwycięstwo nie oznacza utworzenia Palestyny na Zachodnim Brzegu i w Gazie, lecz na terytorium sięgającym od Jordanu do morza.

 

Być może jednak okupacja izraelska ma szczególnie brutalny charakter? To prawda: od wznowienia przez Palestyńczyków cztery lata temu zbrojnej intifady, która kosztowała już życie tysiąca Izraelczyków, w izraelskich akcjach odwetowych – zawsze brutalnych, a czasem budzących uzasadnione podejrzenia o popełnienie zbrodni wojennych – zginęły trzy tysiące Palestyńczyków. To zatrważająca liczba – lecz gdy w 1970 roku Palestyńczycy usiłowali zbrojnie sięgnąć po władzę w Jordanii, gdzie stanowią większość mieszkańców, armia jordańska w ciągu jednego tylko miesiąca zabiła, według źródeł palestyńskich, dwadzieścia pięć tysięcy Palestyńczyków (źródła zewnętrzne szacują liczbę ofiar na około sześć tysięcy). Mimo to znaczących demonstracji antyjordańskich nie było, podobnie jak dziś, na przykład, nie ma znaczących demonstracji antysudańskich, choć ludobójcze represje rządu w Chartumie kosztowały już w Darfurze życie pięćdziesięciu tysięcy ludzi.

 

Być może zatem to reżim izraelski ma szczególnie odrażający charakter? ONZ napiętnowała syjonizm jako rasizm już w 1975 roku, by się z tego jednak po piętnastu latach wycofać. Oskarżanie Izraela o antyarabski rasizm i stosowanie apartheidu jest jednak nadal w środowisku jego krytyków czymś potocznym, a te oskarżenia z kolei mobilizują ludzi szczerze i słusznie rasizmu i apartheidu nienawidzących. Trudno jednak zrozumieć, jak można oskarżać o rasizm państwo, w którego parlamencie zasiadają pochodzący z wyboru arabscy posłowie. To prawda: Palestyńczycy z terytoriów okupowanych nie mają izraelskiego obywatelstwa. Tyle tylko, że oni pragną być obywatelami Palestyny, nie Izraela – a wybrane przez nich kierownictwo odmawia rozwiązania organizacji terrorystycznych, czyli spełnienia podstawowego i uznanego przez społeczność międzynarodową warunku wznowienia negocjacji w sprawie utworzenia państwa palestyńskiego. Tymczasem to właśnie posługiwanie się terrorem sprawiło, ze inne ruchy narodowowyzwoleńcze, jak tamilski, kurdyjski czy czeczeński, nie są w stanie zmobilizować rzesz Europejczyków, by wyszli na ulice z poparciem dla ich żądań. Jedynie Palestyńczycy takich problemów nie mają.

 

To wszystko nie znaczy, rzecz jasna, że nie ma powodów, by krytykować politykę izraelską, czy protestować przeciwko niej. Są, i to liczne, i dawał temu wyraz także i Finkielkraut (podobnie zresztą jak autor niniejszej Przedmowy). Nie oznacza to nawet, że autorzy takich protestów mają obowiązek, „dla równowagi”, protestować również przeciwko jakiemuś dokonującemu się gdzie indziej pogwałceniu praw – od nikogo innego przecież tego nie wymagamy. Nie żądamy, na przykład, by ludzie protestujący przeciwko zamachowi terrorystycznemu w Jerozolimie potępili także koszmarny mord dzieci w Biesłanie. Nie żądamy – bo wydaje się oczywiste, że ten mord potępiają i tak. Że to nie narodowość sprawców czy ofiar, ale odrazę budzący czyn jest przyczyną ich protestu. I że – gdy manifestują ludzie związani więzami krwi z ofiarami – potrafią oni także wyjść na ulice, by zaprotestować, gdy to ze sprawcami wiążą ich więzy krwi. W przypadku demonstracji antysyjonistycznych odbywających się w Europie nie sposób mieć taką pewność, bo tu większość mieszkańców uważa dziś, że Izrael stanowi największe zagrożenie dla pokoju światowego, zaś niebłaha mniejszość (we Włoszech l7%) wyciąga z tego całkiem logiczny niosek, że państwo to powinno przestać istnieć.

 

Przekonanie o wyjątkowości zła, jakim jest Izrael, znajduje swoje potwierdzenie nie tylko na ulicach europejskich miast, ale i w dostojnych ONZ-owskich gremiach. Konferencja antyrasistowska w Durbaniel istotnie zamieniała się momentami w manifestację zjadliwego antysemityzmu, zwłaszcza w swej pierwszej, gromadzącej organizacje pozarządowe części. Byłem tam i takiego klimatu nienawiści do Żydów nie czułem od czasu marca 1968 roku w Warszawie. Uczestniczyłem też w pracach Rady Europy mających na celu przygotowanie europejskiego raportu na tę konferencję: trzeba było stoczyć zażarty bój, by w tym dokumencie, obok oficjalnego zwrotu ,,rasizm, ksenofobia i inne formy nietolerancji”, słowo „antysemityzm” w ogóle padło. Jak mi wytłumaczył prywatnie jeden z francuskich delegatów, sformułowanie oficjalne jest wystarczająco pojemne i nie należy uchylać drzwi dla każdej ,,partykularnej skargi”. Nie wiem, czy moje argumenty o antysemityzmie i Zagładzie jako nieusuwalnej części europejskiej spuścizny odniosłyby skutek; „na szczęście” w Strasburgu, gdzie toczyły się obrady, ktoś usiłował podpalić synagogę i Francja wycofała swój sprzeciw. Osiągnięto kompromis: co trzeci raz, gdy w raporcie pada oficjalne sformułowanie o rasizmie itd., pojawiają się także dodane w końcu słowa „oraz antysemityzm”. W Europie, w niewiele ponad pół wieku po ostatniej wojnie, trzeba to było uznać za sukces.

 

Cóż się jednak dziwić Radzie Europy, skoro dostojna Komisja Praw Człowieka ONZ aż jedną czwartą wszystkich swoich rezolucji potępiających poświęciła Izraelowi właśnie. W świecie, w którym są chińskie i koreańskie obozy, jest Libia i Iran, jest niewolnictwo w Mauretanii i Arabii Saudyjskiej, jest ludobójstwo w Ruandzie i Sudanie – gremium to uznało, ze jedna czwarta całego zła świata skupiła się w Izraelu. Izraelu, który – jako jedyne państwo członkowskie ONZ – nie może zasiadać w tej komisji, bo miejsca przydziela się z geograficznego klucza, a właściwa dla Izraela grupa azjatycka od początku odmawia mu, na wniosek Ligi Arabskiej, członkostwa, a więc prawa do zasiadania w jakiejkolwiek ONZ-owskiej agendzie. Libii nic natomiast – i słusznie – nie przeszkodziło, by objąć przewodnictwo Komisji Praw Człowieka.

 

To szczególne traktowanie Izraela (rzecz ciekawa: jego krytycy twierdzą, że państwo żydowskie nie jest dyskryminowane, lecz uprzywilejowane) daje się wyjaśnić tylko na dwa sposoby. Albo państwo żydowskie padło ofiarą systematycznej nagonki ze strony swych politycznych adwersarzy, którzy, silni liczbą głosów w ONZ i złożami ropy, są w stanie wywierać znaczący wpływ na światową opinię publiczną; albo istotnie państwo żydowskie jest immanentnie złe. Przyjęcie pierwszej hipotezy nie zakłada, że – oprócz nagonki – nie ma też całkiem uzasadnionych powodów, by politykę Izraela krytykować czy potępiać, także w wielotysięcznych demonstracjach na ulicach europejskich miast. Należy jednak przy tym pamiętać, że demonstruje się na rzecz jednej ze stron obiektywnego konfliktu racji. Natomiast przyjęcie hipotezy drugiej zakłada, że Izrael jest zły, bo większością są tam Żydzi. Nic innego bowiem aż tak nie różni tego państwa od innych państw świata.

 

Ale to ostatnie stwierdzenie – o immanentnie złym charakterze państwa żydowskiego – jest być może jedną z przyczyn, dla których lewica odwróciła się od Izraela. Państwo żydowskie miało być ucieleśnieniem marzeń. Miało być sprawiedliwe, pokojowe, traktujące wszystkich równo, a zarazem nowatorskie, śmiałe, będące inspiracją dla świata. Nie wyszło. Już Ben Gurion zresztą miał do takiej romantycznej wizji stosunek sceptyczny i powtarzał, że „nie będziemy normalnym narodem, dopóki nie będziemy mieli własnych złodziei i kurew”. Druga część tego zdania spełniła się aż nadto, a do tego należy dodać kłamliwych i skorumpowanych polityków, rasistów i zapewne także zbrodniarzy wojennych. Budując państwo w czasie nieustannej wojny, z przybyszów ze stu dwudziestu krajów świata, na Bliskim Wschodzie, który dla nikogo raczej nie jest inspiracją, pewnie nie można było osiągnąć więcej. Jak na zwykłe państwo, Izrael radzi sobie całkiem nieźle – ale nie jest ucieleśnieniem marzeń. Zawiódł oczekiwania – a przecież to w imię tych oczekiwań lewica udzieliła mu swego poparcia. Teraz zaś je wycofała i postanowiła zainwestować gdzie indziej – po drugiej stronie linii frontu. U Innego, który nie budzi żadnych idealistycznych oczekiwań.

 

Izolowany na arenie międzynarodowej, porzucony przez lewicę, ignorowany przez handlowych partnerów Ligi Arabskiej, Izrael szuka poparcia tam, gdzie się da – i nie są to na ogół budujące znajomości. Protestanccy fundamentaliści z Południa USA. Włoski wicepremier Giancarlo Fini, reformowany postfaszysta, dziś najbardziej zapewne proizraelski polityk Unii Europejskiej. Kilka państewek na końcu świata, siedzących w kieszeni Waszyngtonu. I państwa byłego bloku sowieckiego, chętne, by zmazać hipotekę przedwojennego i powojennego antysemityzmu, a także – ze względu na własną powikłaną historię – bardziej czasem od innych świadome nędzy manicheizmu i koniecznej cierpliwości wobec inercji historii. Ci nowi i nieoczekiwani sojusznicy Izraela sprawiają, że lewica utwierdza się w swym przekonaniu, iż Izrael nie zasługuje na jej sympatię. Przepowiednia znów sama się spełnia.

 

Wydaje się, że proces, który opisuje Finkielkraut, w Polsce powtórzyć się raczej nie może. Ideologiczna lewica jest słaba, imigrantów arabskich niewielu, a elity polityczne państwu żydowskiemu raczej życzliwe – choć to akurat po naszym wstąpieniu do Unii może się zmienić: nie możemy bez końca stawać na sztorc Brukseli w każdej ważnej kwestii międzynarodowej, a ustępstwo w polityce bliskowschodniej będzie stosunkowo mało kosztowne. Już w kwestii potępiającego orzeczenia w sprawie muru wznoszonego przez Izrael na Zachodnim Brzegu Jordanu Polska głosowała w ONZ za, razem z Unią, choć mogła, jak często wcześniej w podobnych głosowaniach, wstrzymać się od głosu. Za to bagatelizowany przez Finkielkrauta tradycyjny antysemityzm prawicowy u nas trzyma się mocno, a szokująco czasem krzywdzące opinie niektórych środowisk żydowskich o naszej przeszłości i teraźniejszości są dla niego dodatkową pożywką. W tej sprawie autor W imię Innego jest zresztą bez zarzutu: kiedy rozpętała się polemika wokół Ziemi Obiecanej Andrzeja Wajdy, bronił we Francji polskiego reżysera przed absurdalnymi zarzutami antysemityzmu.

 

Decydować będzie jednak co innego: wszechobecny na ekranach telewizorów obraz izraelskiego czołgu na tle palestyńskich ruin i chłopaczka, który rzuca weń kamieniem. Większość Polaków o konflikcie bliskowschodnim wie tylko tyle; nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że eseje Finkielkrauta albo moja Przedmowa zawierają informacje, z którymi czytelnicy spotykają się po raz pierwszy. A jeśli tak, jeśli taki jest stan wiedzy, to tylko drań byłby po stronie czołgu, a przeciwko rzucającemu weń kamieniem. Cieszę się, że taki jest pierwszy odruch serca; nie chciałbym żyć w społeczeństwie, w którym byłoby inaczej. Ale obawiam się, ze dla większości Polaków ów pierwszy odruch serca jest zarazem ostatnim odruchem myśli. Że mało kto zada sobie trud, by się zastanowić, skąd ten czołg się tam wziął oraz czego i przed kim broni. W tej sytuacji spodziewać się można, iż finkielkrautowski „nowy antysemityzm” rozpleni się, mimo odmiennych realiów, także i w Polsce. Sam autor jest zresztą zdania, ze najgorsze – we Francji, w Europie – jest jeszcze przed nami. Jeśli tak, to wówczas przeciwstawiać się temu antysemityzmowi będą głównie ci, którzy nie lubią Arabów z tych samych dokładnie powodów, dla których nie lubili Żydów – i zapewne nie lubią ich nadal.

 

Konstanty Gebert

listopad 2004

 

Przedmowa do książki Alaina Fienkielkrauta „W imię Innego. Antysemicka twarz lewicy”


[1] Zob. André Glucksmann, Dostojewski na Manhattanie, przeł. Maryna Ochab, Sic!, Warszawa 2003.

[2] Jesziwa – wyższa szkoła talmudyczna, w której studiuje się Talmud i Torę.

[3] Alija – żydowska emigracja do Izraela.

[4] Deklaracja Balfoura – wydana w 1917 r. przez ministra spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii lorda Arthura Jamesa Balfoura, wyrażała poparcie rządu brytyjskiego dla sprawy utworzenia w zarządzanej przezeń Palestynie państwa żydowskiego.