Decyduję się na tę opowieść, bo wiem, że nie jest to tylko moja historia. Że osób o orientacji innej niż heteroseksualna jest w szkołach mnóstwo. Wśród kadry pedagogicznej, wśród młodzieży, wśród woźnych – pisze Marta Konarzewska.Przerwa, rozmawiam w klasie z uczennicami. Trochę o ich sprawach, trochę o moich. Miło, luz.

Puka woźna. “Proszę do pana dyrektora!” .
Na korytarzu mijam nauczyciela. “Cześć” – silę się na uśmiech. Nie odpowiada. Udaje, że mnie nie widzi.

“Chyba się minęliśmy” – rzucam. Mam tego dość. Milczenia, którym kwitowałam “to wszystko”.

Przed wejściem do gabinetu biorę wdech. Zwolni mnie? A może obarczy “samodzielną” decyzją?

Trochę mnie mdli. Wiem, że znów usłyszę: “czy pani wie, jaką krzywdę wyrządziła szkole?”, “Czy zdaje sobie pani sprawę, kim jest? A przecież panią zatrudniamy”.

Dyrektor przy biurku, ręce w kieszeniach, jedną wyjmuje, ale tylko po to, by podnieść szklankę herbaty.

Na początek banalne zarzuty: spóźniłam się trzy minuty na dyżur, nie śledzę tablicy ogłoszeń.

“Panie Dyrektorze – próbuję po ludzku – atmosfera jest taka, że omijam pokój nauczycielski, bo nikt się do mnie nie odzywa”.

Natychmiast: “Jeśli pani nie odpowiada, to proszę złożyć wymówienie. Do końca maja”.

Nie chcę składać wymówienia.

“Dlaczego mnie pan nie zwolni”? – pytam.

“A dlaczego pani myśli, że jestem przeciwko pani?”

Tak myślę. Dlaczego?

***

“To wszystko” nie miało jakiegoś wyraźnego początku. Owszem, wezbrało na sile 31 marca, gdy stanęłam po stronie dwóch uczennic, które poczuły się ofiarami nietolerancji. Opublikowały na prywatnym blogu zdjęcia, na których się niby erotycznie obejmują. Taka kreacja, zabawa artystyczna – pełno tego w internecie.

Pani wychowawczyni, pedagog i wicedyrektor stwierdziły, że to “niegodne reprezentowanie szkoły”. Postawiły ultimatum: albo usuwają zdjęcia albo szukają innej szkoły.

Dziewczyny znalazły trzecie wyjście. Zawiadomiły prasę. Sprawa zrobiła się głośna i zakończyła pomyślnie – ultimatum wycofano.

Mnie poprosiły o wsparcie. Powiedziałam głośno, co myślę o cenzurze i dyskryminacji.

I wtedy tłumiona wrogość i lęk przed tabu eksplodowały.

Odtąd pani wicedyrektor ostentacyjnie odwraca głowę na mój widok. Odtąd nie ma mowy o “dzień dobry”. Dostałam polecenie, by wszystkie sprawy załatwiać “przez sekretariat”. Zaczęła się wymiana pism. Zapytałam o powody takiego postępowania, pani wicedyrektor odpisuje, że “ma prawo czuć się bezpieczna”.

Pani wice pisze, że nauczyciele zobowiązali się dyżurować przy niej, by nie naraziła się na bezpośredni kontakt ze mną. Pisze: “w przypadku, gdy nikogo spośród nauczycieli nie będzie, [nauczyciele] uznali za właściwe, bym zamykała się w gabinecie w celu uniknięcia Pani agresywnych zachowań i ich ewentualnych konsekwencji”.

Mam 156 cm wzrostu, ważę 42 kg. Czego obawia się pani dyrektor?

Czyżby słów?

Trwam w przekonaniu, że w demokratycznym społeczeństwie swobodna wymiana poglądów jest czymś naturalnym. Szkoła udziela mi innej lekcji – niewygodnych poglądów nie wypowiada się głośno.

A jeśli się wypowiada, płaci się wykluczeniem. Odtąd gros nauczycieli zachowuje się, jakby mnie nie znało. Jedna z nauczycielek organizuje nawet petycję przeciwko mnie, podobno ma ją podpisywać młodzież.

Czy to reakcja na tę jedną wypowiedź w obronie dwóch uczennic?

Ależ skąd! Równie dobrze mogło zacząć się przy innej okazji.

Bo ja naruszam tabu.

“Nie należę do osób tchórzliwych, ale w trosce o swoje bezpieczeństwo mam prawo obawiać się kontaktów z Panią” – pisze do mnie wicedyrektor. O bezpieczeństwo życia w kokonie swoich wartości, jak rozumiem.

Wypowiedziałam głośno to, czego nie wolno mówić, i co wcześniej wielokrotnie powtarzałam, ale w prywatnych rozmowach: Szkoła jest nietolerancyjna. Szkoła sprzyja wykluczeniom, nadzoruje ciała i cenzoruje zachowania.

Powiedziałam dobitnie i wyraźnie, więc odpowiedź jest wyraźna i dobitna. Ale to zaczęło się wcześniej. Po prostu wcześniej wszystko odbywało się w ciszy.

Dość.

Teraz opowiem też o tamtym. Chcę pokazać, jak niebezpieczna, skłonna do fałszu i hipokryzji jest szkoła. Nie jestem pierwsza, o tym pisało już parę osób. Najdobitniej prof. Magdalena Środa. Lecz tamte komentarze nadchodziły z zewnątrz. Ja chcę to uchwycić od środka.

Jako osoba, która doświadczyła cichej opresji na własnym ciele.

***

Jestem nauczycielką, i jestem lesbijką. To hasło. Chciałabym w przyszłości zobaczyć je na transparentach, znaczkach i koszulkach. Jako symbol zmiany.

Mówię tak nie dlatego, że pragnę oznakowania siebie lub innych. Nie znoszę etykietek i zamykających definicji. Mówię tak powodowana słusznym gniewem. W odruchu obrony przed hipokryzją.

Decyduję się na tę opowieść z lęku i w obronie przed nim. Wiem, jak ludzie z mojej grupy zawodowej – nauczyciele i nauczycielki – się boją, i jak to ich paraliżuje.

Ja także się boję wyśmiania, niezrozumienia, odrzucenia. Nienawiści i agresji. Hańbiących słów i splunięcia w twarz na przystanku. Takie rzeczy się zdarzają. Kiedy to piszę trzęsą mi się dłonie, a serce ściska wielkie imadło. To właśnie strach.

Myślę, że tak jest zawsze w przypadku coming outu. Bardzo chcesz to powiedzieć i jednocześnie nie chcesz.
Kocham uczyć i wcale nie chcę tego tracić. Kocham swój zawód – dlatego wytrwałam sześć lat w upokorzeniu, tłumiąc emocje. Milczałam, żeby się nie narazić. Wydawało mi się, że tak zapewnię sobie spokój. Bardzo się myliłam. Milczenie nie sprawi, że przestanę być lesbijką.

***

Na pierwszej po wakacjach radzie pedagogicznej nauczycielki opowiadają sobie, gdzie były, pokazują zdjęcia, opowiadają o dzieciach, umawiają się na piwo, na które przyprowadzają mężów. Ja tak nie mogłam. Nie miałam jak się z nimi

zaprzyjaźnić. Byłam obca. A co najgorsze – nieszczera.

Dwa lata temu zostałam wychowawczynią klasy. Zaprzyjaźniłam się z uczniami. Podczas zajęć integracyjnych klasa zadawała pytania, ja odpowiadałam. Niektórzy nauczyciele odmawiali i nikt im się nie dziwił, ale ja nie chciałam się odgradzać od klasy. Pytania najpierw były łatwe: dlaczego noszę na głowie kolorowe zawoje? Czy to ma związek z moją wiarą? Czy wierzę w Boga?

Potem pojawiły się trudniejsze: Czy ma pani męża? Nie chce pani? A dziecko? Nie? Czy dlatego, że jest pani feministką?

Odpowiadałam oględnie. Takie kłamstewka dają poczucie bezpieczeństwa – nabrałam się na to.

Ale pytaniom nie ma końca. Jak tam weekend? Z kim się bawiłaś na sylwestra? Czemu ten pani facet nie przyjdzie na studniówkę? Wymyślam na szybko byle jakie odpowiedzi.

“Dlaczego jesteś zapłakana?”.

“Rozstałam się” – mówiłam.

“Nie wspominałaś, że masz faceta”.

Nie wspominałam, fakt.

***

Decyduję się na tę opowieść, bo wiem, że nie jest to tylko moja historia. Że osób o orientacji innej niż heteroseksualna jest w szkołach mnóstwo. Wśród kadry pedagogicznej, wśród młodzieży, wśród woźnych.

Ich niewidzialność ma wydźwięk nie tylko prywatny, ale społeczny i polityczny. To nie tylko nasza intymna sprawa, nie tylko gejów czy lesbijek niewygoda i ból. To także opresja, w której uczestniczymy wszyscy.

Najłatwiej zaszczepić ją w szkole. Szkoła jest miejscem, gdzie ludzie się uczą. Także udatnego grania normy. Także milczącej nietolerancji.

Niewidoczność “innych” pomaga tworzyć złudzenie, że my tu w Polsce wszyscy jesteśmy tacy sami i że tak powinno być. Może są gdzieś jakieś odstępstwa, “gdzieś tam”, ale przecież “nie u nas”.

My, Polacy jesteśmy heteroseksualni.
Przez lata milczałam, z poczucia odpowiedzialności – żeby dalej wykonywać pracę. Przestaję milczeć z tego samego powodu. Bo czuję się współodpowiedzialna za kłamliwy obraz świata, jaki współtworzy szkoła.

Pragnę powiedzieć wyraźnie: to, czego nie widzimy, jest o wiele groźniejsze, niż to, co rozpoznajemy na pierwszy rzut oka. Podskórne wszczepianie normy działa skuteczniej niż nawoływanie do nienawiści.

***

Często się mówi, że za czasów Romana Giertycha było źle, a teraz jest normalnie. To nieprawda. Czasy Giertycha uprawomocniły skłębione lęki i ksenofobiczne przeświadczenia. Dały im prawo głosu. Ale Giertych jako minister był wrogiem w kilku innych kwestiach. Zmobilizował przeciw sobie wielu nauczycieli. Żeby go nie popierać wystarczyła doza zdrowego rozsądku.

Teraz nie ma wroga, nie ma i buntu. Postgiertychowska homofobia jest groźniejsza. Przed wyrazistym absurdem łatwo się bronić. Przed “normalnością” – trudniej.

Pamiętam z czasów Giertycha akademię na rocznicę powstania Armii Krajowej. Wśród patetycznych przemówień i wierszy przerywnik muzyczny: akowski walczyk o młodzieńcu, który idąc na wojnę, opuszcza dziewczynę. Miłosna ładna piosenka. Śpiewać solo ma najlepsza chórzystka, to oczywiste.

Wszystko idzie dobrze, do czasu, gdy ktoś nie dostrzega makabrycznego przeoczenia… Przecież dziewczyna śpiewa “zostawiam cię, dziewczyno”. Co za dwuznaczność! Co to ma być?! Postanowiono: zaśpiewa chłopak. Ale żaden nie potrafi. Więc niech recytuje. Też źle. Powstaje nowy scenariusz: zaśpiewa dziewczyna, ale wyciągając z koperty list. Na tyle wyraźnie, by nie umknęło uwagi, że słowa piosenki są cytatem z listu żołnierza do niej. Żeby rozwiać do końca wątpliwości, młody żołnierz pojawi się potem niczym wytwór spełnionego snu i para powtórzy miłosny refren, tyle że on będzie tylko mruczał pod nosem. Na koniec się przytulą.

Do dziś pamiętam te nerwy w pokoju nauczycielskim. To było zabawne. Nie tylko dla mnie, dla każdego, kto ma minimalną wrażliwość na groteskę. Homofobia w wydaniu giertychowskim była śmieszna. Wyolbrzymiona sprawiała wrażenie, że zaraz pęknie. Dłuższe utrzymywanie tak nadętego balonu jest niemożliwe.

***

Mniej więcej rok po tamtej akademii – i po odejściu Giertycha – miała miejsce rozmowa. Opowiedziała mi o niej uczennica. Była wtedy maturzystką i jako ujawniona lesbijka chciała przyjść na studniówkę ze swoją dziewczyną. Wpisała jej nazwisko na listę osób towarzyszących.

Wychowawczyni “chciała o tym pogadać”. Dla dziewczyny najgorsza była atmosfera, duszny klimat, co skojarzyło jej się z przesłuchaniem. Usadzona na odsuniętym od ławki krześle, nie miała o co oprzeć rąk. Poczuła się winna, niepewna.

Wychowawczyni mówiła, że nie przeszkadza jej inność, że jest pełna zrozumienia. Że szkoła jest przecież nowoczesna i otwarta, niemniej jednak cóż, może lepiej będzie, jeśli nie będziecie, jakby to nazwać, zbyt śmiałe. Zbyt jawne. Nie łapcie się za ręce, nie przytulajcie. Nie tańczcie (na studniówce!). Tak będzie lepiej.

Nie powiedziała, dla kogo.

W obu przypadkach chodzi o to, żeby odegrać heteroseksualność. Pierwsza scenka jest jak burleska. Nauczyciele wiedzą, że orientacja hetero musi być zagrana na potrzeby giertychowskiego teatru fobii.

Druga nie jest już ani trochę śmieszna. Nauczycielka każe dziewczynie udawać, ale nie jest świadoma tego wymuszenia. Przeciwnie – wydaje jej się, że akceptuje homoseksualność, że pozwala na inność. Tak jednak nie jest. Mówi: bądź homo, ale tak, żeby nie było widać. W miarę możliwości – zniknij.

Demoniczne czasy Giertycha miały potencjał edukacyjny, wywrotowy. Pozbawiony karykaturalnej dziwaczności teatr hetero stał się bardziej niebezpieczny, bo taki naturalny.

***

Ta zasada “naturalności” działa non stop. Na korytarzu stoją dwie dziewczyny. Trwają lekcje, nie powinny tu być. Zobaczył je też inny nauczyciel, woła “a wy co, dziewczyny, męża szukacie?”. I śmieje się jowialnie. Im jakoś nie jest do śmiechu, szybko uciekają do klasy.

Czy choć przez sekundę przecięła mu nauczycielską głowę myśl, że może one nie są heteroseksualne? Że nie szukają męża i nie będą szukać? Że może nie chcą być tak besztane i uwodzone przez – z ich perspektywy – starego dziada? Z pewnością – nie.
Czepiam się? Większość osób jest przecież heteroseksualna. Owszem. Ale szkoła to nie imieniny u cioci. Tu uczymy ludzi. A ludzie nie są jednakowi. Nie wszyscy są hetero z klasy średniej. Nie wszystkie żarty są zabawne dla wszystkich.

Kilka lat temu do mojego liceum chodził chłopak, który był modelem. Nosił obcisłe koszulki, błyszczały mu buty. Miał długie wystylizowane prostownicą włosy. Kiedyś nauczycielka powiedziała mu, że “wygląda jak ciota”. Przestał nosić opaskę, ściął włosy. Tych uwag musiało być więcej – śmiali się koledzy, współpasażerowie autobusu, sąsiedzi. To samo mówiło mu jego własne wyczucie normy.
Ale ta uwaga nauczycielki też miała swój udział. To smutne, jak niską świadomość mają osoby, które zajmują się edukacją. To smutne, jakim zaufaniem szkoła darzy to, co nazywa “uniwersalnym systemem wartości”, a co jest w istocie mglistym kolażem uprzedzeń.

Kiedyś pewna nauczycielka powiedziała mi, że jako feministka na pewno czytam Kingę Dunin. “I wiesz, ona pisze te książki dla młodzieży, ale nie jest polecana przez znawców tematu, bo promuje relatywizm moralny”.

“Przez których znawców tematu?” – zapytałam.

“No, tych najważniejszych”.

Pamiętajmy: uczymy ludzi. Ci ludzie są różni, pochodzą z różnych rodzin, o różnych wzorcach wartości. Wielu z naszych uczniów żyje w niestandardowych rodzinach, wielu nie jest katolikami, albo ma niepolskie pochodzenie. Ponad 5 procent ma orientację inną niż heteroseksualna, ogromna większość ma nieheteroseksualnych kolegów, ciocie, sąsiadki, czy braci. A niektórzy – matki lub ojców.

***

“Proszę zwrócić uwagę, że to szkoła a nie uniwersytet. My tu mamy do przekazania tradycyjne wartości”- mówiono mi.

Owszem. Lecz pielęgnowanie świata opresji pod osłoną “tradycji” to nie jest wartość.

“Szkoła ma wychowywać w duchu patriotyzmu”. Tak, lecz zaściankowy sarmatyzm to nie patriotyzm. Homofob i matka Polka to nie są jedyne możliwości patriotycznej identyfikacji.

“To polska szkoła. Nie żyjemy we Francji”. Rozumiem, ale nie żyjemy też w wiktoriańskiej Anglii.

“Za młoda jesteś. Musisz zrozumieć, jak to wszystko działa, albo wyjechać na Zachód ” – słyszałam. Bzdura. Nie chcę wyjeżdżać “na Zachód”. Polska to także mój kraj.

“Nasz szkoła jest tolerancyjna” – to także słyszałam. “Tolerancja” jest modna. Nic łatwiejszego, niźli się tak określić.

Ale jeżeli w szkole, w której pracujesz, ktoś boi się przyznać, ze jest lesbijką, ateistą czy Żydem, jeżeli studniówki wypełniają wyłącznie pary heteroseksualne, to nie jest to miejsce tolerancyjne.

“W naszej szkole nie ma problemu homoseksualizmu” – słyszałam wiele razy. To nieprawda. “Nie ma” oznacza: nieheteroseksualni są niewidoczni.

Homofobia to nie koniecznie bicie geja w ciemnej uliczce. Szkoła jest jej naturalna przestrzenią. To trzeba zmienić.

“Zrobiłaś z nas homofobów” zarzucono mi, gdy wystąpiłam w obronie dziewczyn obejmujących się na zdjęciu. Poszło głównie o to, że zarzuciłam nietolerancję pani wicedyrektor, gdy powiedziała uczennicom, że TAKIE manifestowanie seksualności to “niegodna reprezentacja szkoły”.

“Zrobiłaś z nas homofobów, a MY jesteśmy tolerancyjni” – powiedziała jedna z pań, zanim przestała się do mnie odzywać.

Ja zrobiłam?

Parę miesięcy wcześniej moja uczennica pisała esej o tolerancji na olimpiadę filozoficzną. Musiała się tłumaczyć, dlaczego wspomniała o losie gejów i lesbijek. Bo dałoby się przecież o tolerancji pisać bez “tego”.

Chciałam zabrać klasę na film “Niebieskoocy” (o potworności rasizmu). Gdy okazało się , że pokaz odbywa się przy okazji festiwalu filmów o tematyce m. in. homoerotycznej, dyrektor odwołał wyjście. To samo dyrektorzy paru innych szkół.

Homofobia nie potrzebuje twardych gestów. Wystarczy milczenie, ciche przyzwolenie na działanie krzywdzącej normy.

Jeżeli jesteś gejem, trans, bi, czy lesbijką – musisz przyjąć do wiadomości, że jesteś normalna. Niby o tym wiesz, ale boisz SIĘ PRZYZNAĆ. Rzecz w tym, że nie ma się do czego przyznawać, bo nie ma w tym ani twej winy, ani żadnego wstydu.

Gdy pierwszy raz napisałam “jestem lesbijką”, ze świadomością, że to o mnie i że wydrukuje to “Gazeta Wyborcza” i wszyscy to zobaczą, poczułam, jak ścisnęły mi się żebra. Dalej się boję.

Ale uświadomiłam sobie, że od lat chodziłam z zapadniętym żołądkiem. Bałam się na marszach równości. Na konferencjach, gdzie coś mówiłam a były tam media. Na ulicy ze swoją dziewczyną.

Bałam się czytając napisy na szkolnych ławkach “Konarzewska to lesba”, gdy podpatrzyli nas jacyś uczniowie. Bałam się chichotów, które słyszałam wchodząc do klasy.

Przeszłam przez śmiechy, pogardę, “wielkoduszne” przemilczenie, a w końcu – kiedy złamałam pakt milczenia – groźbę zwolnienia z pracy.

Przeżyłam aluzje do moich tekstów, zdjęć na portalu lesbijsko – feministycznym, do mojego życia. Czułam się jak oskarżona o przestępstwo.

Jak byłam na stażu wysłuchiwałam koleżanki, która “badała” moją orientację, a potem wychwalała szkołę za wielkoduszność. “Bo jeśli ktoś okaże się lesbijką, a dyrektor zatrudni ją na stałe? Czy zdajesz sobie sprawę , co to DLA NIEGO znaczy?”. Milczałam. Sądziłam, że inna reakcja byłaby poniżej godności.

Dziś nie mam już siły milczeć. Dziś mówię: tak, jestem lesbijką, z tego powodu dyrektor mnie nie chce dalej zatrudniać. Sprawdźmy: co TO dla niego znaczy?

***

Rozumiem każdego, kto się boi. Rozumiem obawę każdego z was, czy jest homo czy hetero.

Ale podczas swojej drogi nauczycielskiej zrozumiałam, że jeżeli nie chcę być narzędziem ideologii, która opresję ubiera w piękne słówka, to muszę powiedzieć, jaka jest prawda.

Jeżeli nie chcę, żeby dyrektor mnie straszył, jeżeli nie chcę dłużej się bać, że TO się wyda, muszę powiedzieć pierwsza. Dlatego mówię.

Jestem nauczycielką i jestem lesbijką.

Uczę polskiego w IX Liceum im. Jarosława Dąbrowskiego w Łodzi.

Nazywam się Marta Konarzewska.

Marta Konarzewska, ur. w 1977 r., skończyła filologię polską na Uniwersytecie Łódzkim i podyplomowe gender studies na Uniwersytecie Warszawskim. Od siedmiu uczy polskiego w łódzkich liceach. Pracuje nad doktoratem o literaturze feministycznej. Wicenaczelna magazynu lesbijsko-feministycznego ”Furia”. Pisze książkę ”Zakazane miłości” o nienormatywnych relacjach erotycznych (wraz z Piotrem Pacewiczem).

Źródło: Gazeta Wyborcza