poeta trzech kultur

W żalu i smutku łączymy się z Żoną i Córką

 

Stowarzyszenie “Otwarta Rzeczpospolita”

 

 

Jakub Ekier

On nieobecny

Kiedyś tu wrócę jeśli wrócę

postaram się zdążyć

pod koniec świata

na wszelki wypadek

zostawcie mi

miejsce po mnie

(„Pójdę sobie”, z tomu Zawczas z poniewczasem, 2004

Własnej śmierci nie opisywał w wierszach jako mocnej cezury, bo w nich nie był najważniejszy On sam.

Jego poetyckie ja istniało wobec kogoś albo czegoś, żyło w ruchu, dążeniu i zmysłowych doznaniach. Otwierało się na kogoś bliskiego, na drugiego, także czasem radykalnie innego, na pozorną obcość, na coś, co historycznie i kulturowo odległe, na wielką historię i na cierpienia poszczególnych ludzi nią dotkniętych, na przyrodę ożywioną i nieożywioną, na doznanie czasu i przestrzeni w mikro- i makroskali, na zmienne koryta rzek i na mgnienie uciekającej jaszczurki. Jerzy Ficowski zwracał się w poezji zarówno do kogoś za „krat krzyżem wielokrotnym” jak do kropli wody. Do „Ojczyzny znanej z niedosłyszenia” i do Biety, swojej „duszy osobnej”. A w ostatnim wierszu ostatniego tomu także – do Boga, „dzikiego bartodzieja”.

Otwarcie na drugiego, spotęgowane we współczuciu, w Jego poezji najmocniej wyraziło się cyklem Odczytanie popiołów. Ktoś, kto nie zdołał „ocalić ani jednego życia”, i kto osiedla zbudowane na gruzach warszawskiego Getta przemierza tutaj z poczuciem, że „idąc depcze”, zyskuje w tej pokorze prawo do poetyckiej wyobraźni, uruchamia jej wielką siłę i udziela jednej z najważniejszych twierdzących odpowiedzi na pytanie, czy możliwa jest poezja po Auschwitz. Także pamięć o zagładzie Cyganów, o losie Łemków lub o celi na Pawiaku uwrażliwia w jego wierszach na „wszystkożerny żywioł zniszczenia” i uprzytamnia, czym jest nieistnienie w skali większej niż koniec pojedynczej egzystencji.

Dalej także niż do granic fizycznego istnienia prowadziły Go wędrówki wyobraźni – tak potężnej, że potrzebowała Schulza i Leśmiana, by znaleźć pokrewieństwa z wyboru. Rozmach poetyckich wizji wynosił Jerzego Ficowskiego ponad czas i przestrzeń, pozwalał Mu widzieć rzeczy w skali, w której maleje dramat pojedynczej egzystencji. Jak na przykład w wierszu „Nieobecny”, arcydziele z tomu Zawczas z poniewczasem. Ja przekracza tutaj siebie, przezwyciężając dzięki temu wewnętrzną pustkę:

(…)

ja nieobecny

rozumiem jeszcze

płynną narrację chmur

lecą i wysnuwają z siebie

najdalej idące

wnioski i konsekwencje

niebem na przełaj

chmuro chmuro i chmuro

niepodobna do siebie

ta sama

Poetyckie ja istniejące wobec bezmiernego świata, zarówno zachwycone pięknem jak kiedy indziej współcierpiące z kimś w koszmarze, dla wyrażenia siebie potrzebuje języka niezwykle giętkiego. Jerzy Ficowski taki język znajdował także dzięki swojej otwartości. W nieustannym dialogu twórczym ze swoimi mistrzami, Witodem Wojtkiewiczem, Bolesławem Leśmianem i Brunonem Schulzem, wrażliwy na muzykę oraz sztuki plastyczne, rozmiłowany w kulturowych odmiennościach, gotów je zgłębiać także przez przekład, ciekawy innych epok polszczyzny i językowych jej peryferii, zafascynowany rodzimą ludowością, wypracował polszczyznę poetycką, której wielowymiarowość wydaje się w powojennej poezji niezrównana. Autor wierszy „Pan Tadeusz” i „Ballada o trzech mociumpańskich”, „Trzy tańce polskie” i „Polskie szkło” starał się w swojej poezji o lokalność, w dużej mierze nieprzekładalność i polskość. Tego ostatniego słowa trzeba tutaj użyć, mimo że podlega ono A.D. 2006 tylu propagandowym nadużyciom. A raczej – właśnie dlatego, życie bowiem i pisarstwo Ficowskiego przywraca polskości sens szlachetny. Sens, który nie przeciwstawia polskości etnicznemu przemieszaniu lub sąsiedztwu; polskość jest tutaj ciekawa obcości, ba – bez niej okazuje się niepełna.

On, który swoimi wierszami przechowywał tak silną pamięć zbiorową i tak wyraźne przesłania etyczne, który w wyjątkowym stopniu podtrzymywał bogactwo i wiarygodność polszczyzny i był w niej jednym z największych powojennych poetów, pod koniec życia chętnie deklarował, że czuje się poetą „właściwie wyłącznie” – że fascynacje Cyganami oraz Brunonem Schulzem służyły raczej własnej twórczości, „ciułaniu” inspirujących ją doświadczeń. Jedyne słowa, w jakie Mu trudno uwierzyć. Bo przecież dla ocalenia spuścizny epistolarnej wielkiego prozaika z Drohobycza, a także dla refleksji nad jego twórczością zasłużył się jak nikt inny – podobnie jak pionierską rolę odgrywały Jego kolejne książki o kulturze cygańskiej, niemające wtedy w Polsce precedensu. Także zaangażowanie, z jakim opracowywał kolejne wydania przekładów Papuszy, Garcii Lorki, ludowej poezji polskich Żydów czy poematu Icchaka Kacenelsona Pieśń o zamordowanym żydowskim narodzie, ukazuje oddanie Innym, nieodkrytym albo zgładzonym, poczucie obowiązku wobec nich tak głębokie, że z biegiem czasu zamienia się w oczywistość. I z taką samą służebną pokorą angażował w innych przekładach poetyckich całe swoje mistrzostwo w służbę autorów.

W ostatnim swoim tomie Pantareja pisał tak:

Pora się zbierać

no to chodźmy

mapa mojej podróży

dopiero powstanie

wydeptywana błądzeniem

(„Autobiografia przypadku”)

Parę miesięcy temu zaś, z właściwym sobie błyskawicznym refleksem, nawiązał w pewnej rozmowie żartobliwie do Norwidowskiej frazy: „Nie stargam cię ja, nie!… lecz u-wydatnię”. Czy teraz nagły koniec Jego życia Norwid nazwałby „rozłamaniem” czy „dokończeniem”? Rozłamaniem – jeśli poznałby pustkę po Nim. Dokończeniem – gdyby spojrzał na całość Jego życia. Lecz nie dlatego, żeby Pan Jerzy miał dopiero w kwiecie albo sile wieku decydująco potwierdzić sens dotychczasowej biografii. Przyjaciołom życie Jego musi wydać się nieustającym dokończeniem, bo wszystkiemu oddawał się do końca. Tak trzeba sobie wyobrażać młodzieńca, który pisze list do Brunona Schulza, nie wiedząc o jego zastrzeleniu, później zaś poszukuje śladów po pisarzu do końca swojego życia. Tak też musimy widzieć powstańca z mokotowskiego Pułku Baszta, noszącego pseudonim „Wrak”. Wędrowca w cygańskim taborze, który w tej gościnnej obcości schronił się przed represjami UB. Poetę, który dla dobra innych autorów przeistaczał się raz po raz w biografa, edytora, redaktora lub etnografa. I który nosił w sobie pewien wers przez dwadzieścia kilka lat, aż wers dojrzał do wpisania w cykl „Odczytanie popiołów”. Obrońcę praw człowieka i suwerenności słowa, znoszącego lata esbeckich szykan. Kogoś, kto w ostatnich latach życia mimo schorowania zadziwiał dyscypliną, z jaką pracował nad kolejnymi książkami – łącznie z kolejnym tomem poetyckim, którego nie zdążył domknąć.

Życie i tworzenie „do końca”, dokończone. Może to między innymi miał na myśli, pisząc kilkanaście lat temu wiersz „Ta chwila”:

nie pytaj na co czekam sam nie pytam o to

czekając na list czy odwiedziny

których się nie spodziewam bo kto miałby przyjść

nie mijam czasu robię swoje

lecz gotów jestem przestać w jednej chwili

jeśli to będzie właśnie ta chwila

o której nie wiem nic

prócz tego że oczekiwana

(z tomu Inicjał, 1994)

Jedno tylko pytanie trzeba tu zadać: co pozwala, by Jego „mapę podróży” kreślił, a miarę Jego postaci ogarniał ktoś z dorobkiem niewspółmiernie mniejszym, młodszy o dziesięciolecia i wolny od okrutnych doświadczeń, których XX stulecie nie oszczędziło Zmarłemu? Niech upoważnieniem będzie tutaj ćwierć wieku podziwu, z czego ostatnich osiem lat przyniosło przywilej osobistej przyjaźni; niech będzie nim też poczucie więzi, które każe zaniechać dalszych słów – a teraz też poczucie braku, którego nie pozwala opisywać myśl o wszystkich, których osierocił jeszcze dotkliwiej. A czy ktoś, kto tak jak Pan Jerzy potrzebował inności oraz innych, nie spełniał się także przez to, co dla każdego z nich znaczył?

Jedną z tych osób miałem szczęście być.

Razem z Bietą Ficowską obdarzył moją żonę i mnie przyjaźnią. Choć zawsze ciekaw rozmówcy, z szacunkiem w niego wsłuchany, skłonny do humoru i autoironii, choć bezpośredni, do końca mnie onieśmielał – tylko przez to i aż przez to, kim był. Coraz bliżej Go poznawałem i coraz na nowo zaznawałem od Niego dobra. Będzie mi zawsze towarzyszył.

Widzę Go, jak – parę miesięcy temu – siedzi naprzeciwko mnie w swoim fotelu, ubrany w bluzę koloru wyblakłej zieleni, jak unosi wzrok, patrząc może w menorę na półce, może w grafikę na ścianie, a może w nieskończoność; jak w odpowiedzi na pytanie o metafizykę w Jego wierszach układa zdania, z których każde, jak często u Niego, jest małym dziełem literackim. Pamiętam nagłe pozasłowne, wręcz fizyczne uczucie zetknięcia z wymiarem innym niż mój powszedni. I słyszę, jak mówię później do współuczestniczki tej rozmowy: „W jednej sekundzie znowu poczułem, że obcuję z wielkim człowiekiem.”

Wielki człowiek. Być może i to określenie zbladło we współczesnej inflacji słów. Być może należy znaleźć inne, bardziej adekwatne do Jego wyjątkowości – podobnie jak trzeba opisać i „zostawić miejsce” po Jerzym Ficowskim. Miejsce to jest od tygodnia puste. Miara tej pustki też mówi o Jego wielkości – mówi lepiej niż słowa.

Jakub Ekier

Artykuł ukazał się w Tygodniku Powszechnym. Autorowi i Redakcji dziękujemy za udostępnienie wspomnienia