Przypadek zniszczonej galerii „Las Rąk”, która pomaga ukraińskim i białoruskim uchodźcom oraz bezdomnym, pokazuje, jak łatwo mowa nienawiści przeradza się w prawdziwą przemoc.

— Prawie nie śpię, ledwo mówię i mam wrażenie, jakby moje życie wisiało teraz na włosku — opowiada właścicielka warszawskiej galerii. — Z jednej strony spotykamy się z ogromną falą hejtu. Z drugiej — ogromne wsparcie, za które jesteśmy szczerze wdzięczne. Ludzie, którym nie jest obojętna ta nasza wspólna sprawa, Ukraińcy, Białorusini i Polacy, przychodzą do nas, przynoszą kwiaty, domowe wypieki, a przede wszystkim — ciepłe i szczere słowa.

Kobieta wspomina, że wszystko zaczęło się 4 lipca — w rocznicę pogromu w Kielcach — największego powojennego pogromu Żydów w Polsce, dokonanego w 1946 r. W południe obok galerii przeszedł marsz liczący około 300 uczestników. Na czele niesiono transparent upamiętniający ofiary tragedii wołyńskiej. Jednocześnie organizatorzy i uczestnicy skandowali antyukraińskie hasła.

W stowarzyszeniu „Las Rąk” podkreślają: doskonale zdają sobie sprawę ze złożoności historii polsko-ukraińskiej. W rodzinach pracowników byli ci, którzy zginęli z rąk UPA, oficerowie Armii Krajowej, ofiary Katynia oraz uczestnicy powstania warszawskiego. Jednak, jak twierdzą, pamięć o historycznych tragediach nie może być pretekstem do nienawiści wobec Ukraińców, którzy nie są winni temu, co wydarzyło się kiedyś, a ponadto sami uciekają przed wojną. Dlatego jedna z założycielek galerii w milczeniu pokazała kolumnom protestujących kciuki skierowane w dół — znak dezaprobaty.

— Chcę podkreślić: nie był to gest nienawiści ani pogardy — wyjaśnia właścicielka. — Rozumiemy, że nasze kraje mają skomplikowaną historię. Ale trzeba patrzeć w przyszłość, a nie w przeszłość.

W stronę pracownicy, która gestem wyraziła sprzeciw wobec nienawiści demonstrantów, zaczęły rozbrzmiewać okrzyki i groźby ze strony uczestników marszu. Później w mediach społecznościowych pojawiły się setki wpisów z wezwaniami do „spalenia”, „zabicia” i „likwidacji” pracowników galerii. A w niedzielę do lokalu wszedł nieznany mężczyzna, który zagroził: — Ta k… zginie.

— Piszą, że trzeba nas zabić, pociąć twarze. Takie groźby może wymyślić co najwyżej głupi nazista — opowiada właścicielka lokalu.

Więcej w serwisie onet.pl