Jeśli ujrzymy w jaskrawym świetle lampy badacza własną przeszłość i zachowanie, łatwiej będzie nam walczyć z antysemickim stereotypem, otwierać się na innych i godzić ze złożonością świata.

Jeśli ujrzymy w jaskrawym świetle lampy badacza własną przeszłość i zachowanie, łatwiej będzie nam walczyć z antysemickim stereotypem, otwierać się na innych i godzić ze złożonością świata.

Nie jestem historykiem ani znawcą stosunków polsko-żydowskich. Jestem jednak przekonany, że nikt z nas, przywiązany do swego kraju, kultury i historii, nie może pozostawać w komforcie niewyrabiania sobie własnego zdania w tej kwestii, w komforcie niewiedzy i bierności.

 

Nie możemy zrozumieć własnego społeczeństwa, samych siebie, wielu zdarzeń z naszej najnowszej historii, jeśli nie uporamy się z problemem relacji z naszymi żydowskimi współbraćmi, którzy od XIV w. przybywali do Polski, korzystali z przyjaznej polityki polskich królów (począwszy od słynnego edyktu Kazimierza Wielkiego), tworzyli kulturę i cywilizację tych ziem, nadawali ton tysiącom miasteczek i osad Rzeczypospolitej, byli uczestnikami i współtwórcami naszej wspólnej historii.

O stosunkach polsko-żydowskich napisano bardzo wiele – lista pozycji naukowych i literackich zdaje się być imponująca. Czy towarzyszy temu jednak szersza refleksja zapuszczająca korzenie w świadomości Polaków, wywołująca potrzebę przemyślenia na nowo naszej najnowszej historii, zmuszająca do zmiany stereotypu i powierzchownych ocen, którymi tylu z nas kieruje się nadal?

Mam wrażenie, że Żydzi w Polsce to wciąż przedmiot refleksji „egzotycznej”, niszowej, ogarniającej niewielką część społeczeństwa, traktowanej podejrzliwie i niechętnie przez spory odłam opinii publicznej.

Jest źle?

Ktoś mi mówił o sondażu przeprowadzonym przez jeden z tygodników, w którym na pytanie, kto rządzi w Polsce, 40 proc. respondentów (!) odpowiedziało, że Żydzi.

Oczywiście, wszelkie uogólnienia dotyczące postaw Polaków wobec Żydów są niebezpieczne, bo obarczone ryzykiem błędu, wpadnięcia w pułapkę stereotypu i zwykłego głupstwa. Jednak pytania o polski antysemityzm, jego współczesną postać i przejawy, nie można pomijać, jeżeli chcemy jako społeczeństwo zachować odwagę i umiejętność autorefleksji.

Kilka lat temu braliśmy z żoną udział w uroczystościach upamiętniających straszne wydarzenia w Jedwabnem, które stały się przedmiotem dramatycznego „odkrycia” (jeśli to wyrażenie tu pasuje) i powodem wstrząsu dla znacznej części polskiej opinii publicznej. Udział w tych uroczystościach był dużym przeżyciem, spotęgowanym niesamowitą atmosferą tego miasteczka – tworzoną przez ludzi spoglądających z okien swych domów, odizolowanych na swój sposób od tego, co się działo przed ich oczami, uczestniczących w tym wydarzeniu przez swoje milczenie, nieufność, zdumienie i wielki niepokój. A potem, zanim rozległ się przejmujący kadysz, słyszeliśmy odgłosy skocznej, radosnej muzyki z domu stojącego kilkaset metrów od miejsca, w którym się znajdowaliśmy.

Wracając do Warszawy, słuchałem z rosnącym zdumieniem i przygnębieniem relacji w Radiu Maryja: „Jeżeli chcecie państwo wiedzieć, kto bierze udział w uroczystościach, to zapewniam, że są to jedynie Polacy w jarmułkach…”.

Ks. Henryk Jankowski w wypowiedzi sprzed kilku miesięcy na temat domniemanego „Delegata” (współpracownika SB spośród prominentnych postaci

pierwszej „Solidarności”) wymienia wśród kilku nazwisk „znanego historyka, żydowskiego profesora z Wrocławia”.

Na początku tego roku redaktor „Czasu”, niejaki pan Michalkiewicz, używa na antenie Radia Maryja terminu „przedsiębiorstwo Holocaust”, wywołując tym ostre protesty m.in. Marka Edelmana.

Członek aktualnego zarządu TVP, niejaki pan Piotr Farfał, okazuje się autorem broszur publikowanych w latach 90., które operowały wyraźnie antysemickim, prymitywnym językiem.

Rozpowszechnianie broszur propagujących antysemickie i rasistowskie treści w takich miejscach Warszawy jak plac Zamkowy czy plac Grzybowski nie spotyka się od lat z reakcją organów ścigania, pomimo że systematycznie powiadamia je o popełnieniu przestępstwa Stowarzyszenie do Walki z Ksenofobią i Antysemityzmem.

Jest dobrze?

Czy jesteśmy społeczeństwem o nastawieniu antysemickim? Czy z tych okruchów rozmaitych zdarzeń można budować jakąkolwiek opinię o polskim społeczeństwie?

Istnieje przecież – obok tych nielicznych czy wręcz wyjątkowych – wiele innych zdarzeń, które świadczą o czymś zupełnie przeciwnym. W rozmowie z wybitnym polskim dyplomatą usłyszałem refleksję wypowiedzianą z pewną ironią: Czy znamy inny europejski kraj, w którym kolejni ministrowie spraw zagranicznych to osoby pochodzenia żydowskiego albo o nastawieniu filosemickim? Czy taki kraj może być uznany za antysemicki?

Od wielu lat odbywa się w Polsce jedyny w skali światowej Festiwal Kultury Żydowskiej w Krakowie – panorama żydowskiej muzyki, literatury, obyczaju. Od kilku lat odbywa się też festiwal w Warszawie odwiedzany przez tysiące ludzi. W wielu miastach polskich przystąpiono do renowacji żydowskich cmentarzy, po raz pierwszy od lat zauważono spuściznę żydowskiej obecności na ziemiach Rzeczypospolitej.

Wreszcie zaczyna się materializować wizja Muzeum Historii Żydów w Polsce, które po raz pierwszy pozwoli dostrzec historię Żydów w naszym kraju nie tylko przez pryzmat Holocaustu, Jedwabnego, getta ławkowego i pogromu kieleckiego, ale też z perspektywy wspólnej historii wielokulturowej Rzeczypospolitej, gdzie koegzystowały społeczności, kultury i języki, a Żydzi mieli status, o którym nie mogli marzyć w innych krajach europejskich – skąd zresztą masowo z tego właśnie powodu przybywali do Rzeczypospolitej.

Znakomity ambasador Izraela w Polsce Szewach Weiss zawsze podkreślał znaczenie dialogu polsko-żydowskiego, uczynił też wiele, aby wizyty w Polsce młodzieży izraelskiej, wpisane do programu szkół średnich, nie sprowadzały się do odwiedzania miejsc żydowskiej martyrologii, ale były także okazją do spotkania z młodzieżą polską, z innym krajem niż ten, który był miejscem tragicznej kaźni całego narodu. To trudne, ale przecież nie niemożliwe.

Jak trudne, uświadomiłem sobie w Jerozolimie, gdy zapytałem o drogę młodego człowieka, który zainteresował się, skąd jestem. Usłyszawszy odpowiedź, chwilę myślał, aby wyrzucić z siebie jedyne nazwy, które kojarzyły mu się z Polską – Treblinka, Auschwitz, Birkenau, getto warszawskie. Tylko tyle.
A jednocześnie wiemy z sondaży, że Niemcy są dzisiaj w Izraelu obdarzani sympatią. Żydzi, którzy emigrują dzisiaj z Rosji czy byłych republik radzieckich, osiedlają się przede wszystkim w Niemczech. To tam lokuje się dzisiaj największa we współczesnej Europie diaspora żydowska, rozkwita życie religijne i kulturalne, powstają liczne synagogi, wydawnictwa, kultywowana jest pamięć kultury jidysz. Zdumiewające, paradoksalne.

Sceptycy powiedzą, że świadczy to tylko o potędze pieniądza, o niemieckim bogactwie, które potrafiło kupić sobie żydowską sympatię, wyprosić – nie przebaczenie (bo czy można wybaczyć Holocaust?) – ale inne spojrzenie na Niemców, odwrócić złe emocje, które zdawały się na zawsze przesądzać o wzajemnym stosunku tych dwóch narodów.

Jestem innego zdania. Pieniądze, choć zapewne odgrywały rolę, nie były najważniejsze. Myślę, że ostatecznie przeważyła niemiecka ekspiacja, zaakceptowanie przez Niemców (no, może prawie wszystkich Niemców) prawdy o Holocauście – w jej najbardziej tragicznym kształcie. Tragicznym także dla samych Niemców, bo nie ma nic trudniejszego od zaakceptowania strasznej prawdy o swoim narodzie.

Każdy, kto potrafi przeżywać tragedię tamtego czasu, dostrzega w niej cząstkę prawdy o człowieku, o uniwersalności zła. Dla Niemców będzie to zarazem odkrywanie prawdy o przeszłości własnego narodu.

Gesty i symbole są oczywiście ważne w relacjach pomiędzy narodami, zwłaszcza takimi jak Polacy i Żydzi, uwięzionymi w klinczu historii zakończonej najbardziej tragicznym finałem.

Gesty pomiędzy Polakami i Żydami były po upadku PRL i liczne, i znaczące. Przemówienia najważniejszych polskich polityków w Knesecie (Bartoszewski, Wałęsa, Kwaśniewski), Marsze Żywych – każdego roku organizowane w Oświęcimiu z udziałem wybitnych postaci polskich i izraelskich (co zapoczątkował Jerzy Buzek), toczący się nieustannie dialog polsko-żydowski, w tym także, jakże ważny, z udziałem środowisk katolickich i przedstawicieli Episkopatu.

Znaczenie Holocaustu przebiło się wreszcie w Polsce do powszechnej świadomości, stało się nieodłącznym składnikiem wiedzy o czasach pogardy i nienawiści.

Jest wprawdzie sprawą wstydliwą i nie do końca wytłumaczalną, że ta świadomość istnieje w Polsce od niedawna, weszła do kanonu nauczania w szkołach dopiero w III Rzeczypospolitej. Do tego czasu Auschwitz pozostawał symbolem martyrologii narodu polskiego, nie był jednak w większości polskich umysłów kojarzony z unicestwieniem narodu żydowskiego.

Uczyniliśmy ogromny postęp na drodze zrozumienia własnej historii. Mamy za sobą wiele ważnych publikacji, ogólnonarodową dyskusję na temat Jedwabnego, obchody 50- i 60-lecia powstania w getcie warszawskim.

Polska jawi się dzisiaj z perspektywy izraelskiej jako kraj przyjazny, w którym znacznie mniej jest niepokojących wydarzeń niż we Francji, Austrii czy Rosji. To nie w Polsce zdarzały się w ostatnich latach liczne przypadki bezczeszczenia żydowskich cmentarzy. To nie w Polsce atakowano uczniów żydowskiego pochodzenia, ale we francuskich szkołach. To nie do polskich, ale do francuskich Żydów zwrócił się z apelem premier Izraela, by dla uniknięcia rosnącego antysemityzmu przybywali do Izraela. Jak trafnie zauważył Adam Michnik, Polska jest zapewne jedynym krajem, w którym chuligański wybryk pobicia rabina spotkał się z natychmiastową reakcją prezydenta.

Czy więc wszystko jest w porządku? Czy jesteśmy na etapie, w którym nieustanne powracanie do historii, rozdrapywanie ran i bicie w piersi nie ma już uzasadnienia, bo wszystko, co ważne, zostało już powiedziane i napisane?

O „Strachu” Grossa

Nie mam tego przekonania. I utwierdzają mnie w tym, na razie wstępne, refleksje na temat nowej książki Jana Tomasza Grossa „Fear” („Strach”). Myślę, że dzisiaj to nasz strach przed ujrzeniem własnej najnowszej historii z innej perspektywy działa obezwładniająco.

Zgadzam się z opinią wyrażoną latem w polskim „Newsweeku” – bez względu na ostateczną ocenę książki Grossa musi zastanawiać, że w polskich reakcjach nie pojawia się pytanie zasadnicze dla tematu tej książki, czy istniał w Polsce bezpośrednio po 1945 r. problem antysemityzmu, ponurego spadku Holocaustu, lat nienawiści i grozy.

Dyskusja toczyła się dotychczas wokół warsztatu historycznego, źródeł i dokumentacji, a nie problemu zasadniczego: co (i dlaczego?) działo się z naszym społeczeństwem po 1945 r., jeśli dochodziło do tak dramatycznych zdarzeń, o jakich pisze Gross? Przecież pogrom kielecki z lipca 1946 r. jest tylko jednym z nich.

Fakty opisywane przez Grossa (jeśli dokumenty je potwierdzają) napawają bezbrzeżnym smutkiem i przerażeniem. Ocaleni z Holocaustu Żydzi i ci, co przetrwali w Sowietach, wracali do swych miejsc w Polsce z nadzieją na w miarę normalne życie (o ile po Holocauście można jeszcze wieść normalne życie!). Wielu z nich spotyka się z nienawiścią i agresją, ginie z rąk sąsiadów w miasteczkach i wsiach. Dobytek przejęty przez miejscowych nie ma szans na powrót do właścicieli, zresztą przy inercji nowych władz. Częste są przypadki swoistych czystek rasowych, grabieży i mordów w pociągach.

Śledztwa w sprawie zbrodni popełnianych przez Polaków na Żydach w czasie okupacji często mają postać karykaturalną i są nakierowane na to, by pod byle pretekstem uznać niemożność udowodnienia czegokolwiek. Ludzie, którzy przechowywali Żydów w czasie wojny, z reguły ukrywają to przed sąsiadami, publicznie się do tego nie przyznają. Boją się zemsty „sąsiadów”, ale także podejrzeń, że za bardzo wzbogacili się kosztem przechowywanych Żydów, co mogłoby również narażać ich na nienawiść i agresję.

W pierwszych latach powojennych opuszcza Polskę około 200 tys. ocalałych z Holocaustu Żydów. Ich świadectwa nie pozostawiają zdaniem Grossa wątpliwości, co było powodem. Nie, jak się powszechnie sądzi, niemożliwość odnalezienia swego miejsca na „cmentarzu”, którym stały się ich miasteczka, wsie i osady, ale nienawiść i agresja.

Oczekiwałbym więc próby refleksji nad tym problemem, a nie drobiazgowych rozbiorów warsztatu Jana Tomasza Grossa. Od tego w końcu zależy także i moralna kondycja społeczeństwa, które potrafi – albo też nie – stawić czoło i spojrzeć z największą – aż do bólu – szczerością we własną przeszłość.

Antysemityzm polski – salonowy? pozorny? niegroźny?

Zawsze mnie złościło, kiedy słyszałem takie oto zdania, dość typowe dla inteligenta postawionego wobec zarzutu, że antysemityzm ma w Polsce mocno ugruntowane korzenie:

Po pierwsze, antysemityzm zawsze był swoistym ludowym obyczajem, który nie przybierał na większą skalę postaci niebezpiecznych i wrogich wobec mieszkających w Polsce Żydów.

Po drugie, niechęć polskiego ludu miała przyczynę w czynnikach ekonomicznych; tu się pojawia obraz żydowskiego arendarza i lichwiarza – pierwszy rozpijał, drugi pożyczał pieniądze na wysoki procent.

Po trzecie, żaden kraj nie ma tylu drzewek Sprawiedliwych wśród Narodów Świata w Yad Vashem, a przecież byliśmy jedynym krajem, w którym za przechowywanie Żydów groziła śmierć.

Po czwarte, szmalcownictwo było w Polsce marginesem i było surowo karane przez polskie podziemie.

Po piąte, polskie władze nigdy nie kolaborowały z Niemcami w żadnej sprawie, w tym też w sprawie żydowskiej – a co mają powiedzieć Francuzi, jeśli pamiętać o pétainowskiej policji współdziałającej przy transportach Żydów do Treblinki i Auschwitz albo o policji holenderskiej i jej kolaboracji z hitlerowcami?

Po szóste, tzw. antysemityzm peerelowski nie ma nic wspólnego z rzeczywistymi postawami polskiego społeczeństwa, był wyłącznie instrumentem walki politycznej w obrębie partii komunistycznej bądź zmierzał do utrącenia przeciwników systemu.

Oczywiście, w tych argumentach kryje się doza prawdy. Problem polega na tym, że pełnią funkcję środka znieczulającego i służą do uniknięcia dalszej dyskusji. Każdy, kto usiłuje podjąć temat głębiej, podrążyć niektóre wątki, postawić znaki zapytania, a może nawet wyrazić potrzebę ekspiacji, musi liczyć się z zarzutem filosemityzmu, antypolonizmu, nawet zdrady narodowej.

Znakomitą syntezą takich postaw była dyskusja na temat Jedwabnego w Sejmie przy okazji sprawozdania IPN-u, które wykazało udział mieszkańców tego miasteczka w morderstwie Żydów – sąsiadów. Brak utożsamienia się z interesem narodu był jednym z najlżejszych zarzutów pod adresem prof. Leona Kieresa w toku tej gorącej i przygnębiającej debaty.

Jest rzeczą naturalną, że oskarżenia – słuszne lub nie – wywołują reakcję obronną. W Polsce temat antysemityzmu, zwłaszcza czasu wojny, prowadzi z reguły do postaw nieracjonalnych, opartych na stereotypach, stygmatach myślowych, ziarenkach oficjalnej propagandy etc. W najlepszym razie – do kwestionowania źródeł, warsztatu czy reprezentatywności próbki objętej analizą. Hipoteza, że mogło być inaczej, niż zakładano w postawie obronnej, nie jest brana pod uwagę, co uniemożliwia dociekanie prawdy.

Dyskusja, jeżeli się toczy, jest – może nieświadomie – poddawana autocenzurze. My nie chcemy tej prawdy poznać i dlatego mamy takie kłopoty z dotarciem do niej dzisiaj, kiedy mogłyby już wygasnąć emocje, zmatowieć porażające światło, jakie niekiedy niesie wiedza o przeszłości.

Najwyższym smutkiem napawa powtarzalność naszych postaw.

Gross przedstawia świadectwa Jana Karskiego i Stefana Grota-Roweckiego, którzy sygnalizowali już w pierwszych latach wojny, że przy całej nienawiści do Niemców rosnąca część społeczeństwa polskiego w jednym punkcie była gotowa zaakceptować politykę nazistów – w odniesieniu do Żydów. Tej prawdy już wtedy nie chcieliśmy przyjąć.

Rząd emigracyjny nie miał odwagi stawić czoła temu problemowi, nie potrafił wyciągnąć wniosków z sygnalizowanych faktów, podjąć symbolicznych, ale jednak znaczących środków zaradczych. Zdecydował się natomiast – z powodu racji stanu – na nieujawnianie w wersji oficjalnie przekazanej rządom alianckim tej najbardziej bulwersującej części raportu Jana Karskiego.

Czy warto rozpoczynać dyskusję?

Dlaczego nie chcemy i nie chcieliśmy nigdy dyskutować nad – przypomnianymi przez Grossa – tekstami Adolfa Rudnickiego („Dzienniki”, „Kuźnica” nr 1, czerwiec 1945) czy Mieczysława Jastruna („Potęga ciemnoty”, „Odrodzenie”) o postawach części – niemałej – warszawiaków wobec powstania w getcie? Może dlatego, że zniechęcająco podziałała już dyskusja na temat słynnego tekstu Jana Błońskiego sprzed 20 lat „Biedni Polacy patrzą na getto”?

Gross, a wcześniej Joanna Olczak-Ronikier w „Ogrodach pamięci” przytaczają fragmenty listów Rysia Bychowskiego, polskiego pilota w Anglii o korzeniach żydowskich. Z rozdarciem i rozpaczą pisze on o aprobacie albo – w najlepszym razie – o kompletnym braku zainteresowania jego polskich kolegów dla losu ludności żydowskiej w Polsce.

Możemy odpowiedzieć całą serią faktów i zdarzeń, z których wyłania się inny obraz polskiego społeczeństwa. Nie może to jednak unieważniać pytań odnoszących się do tej wcale niemałej jego części, której postawy ukazują świadectwa Jana Karskiego, Stefana Grota-Roweckiego, Mieczysława Jastruna, Adolfa Rudnickiego, Czesława Miłosza, Haliny Bortnowskiej i wielu innych, zwłaszcza Żydów, którzy przeżyli wojnę w Polsce i mieli do czynienia na co dzień z objawami nienawiści, wrogości, w najlepszym wypadku obojętności ze strony Polaków (np. Hugona Steinhausa, Maurycego Allerhanda, Jehudy Nira).

Jednak najpierw trzeba odpowiedzieć na pytanie zasadnicze: czy taka prawda i taka dyskusja są nam potrzebne, czy 60 lat po zakończeniu wojny to właściwy moment, aby powracać, a może raczej rozpoczynać tę dramatyczną i prawdopodobnie niekonkluzywną dyskusję?

Czy taka dyskusja może sprawić, że staniemy się lepsi?

Czy może lepiej jej nie podejmować, bo utrwali to tylko negatywny stereotyp Polaka – antysemity, wizję społeczeństwa polskiego jako ksenofobicznego, a co więcej i co najbardziej niebezpieczne – przeniesie na Polaków część odpowiedzialności za Holocaust?

Nie jestem pewien. Nie potrafię odpowiedzieć, jakie mogą być koszty takiej dyskusji. Oczywiście, nie można tracić z pola widzenia tego ryzyka. Przypuszczam jednak, że jeszcze większym ryzykiem byłaby obarczona postawa cenzorsko-negatywistyczna: „Nie dyskutujemy, bo jest to niebezpieczne dla naszego wizerunku”, i kwestionowanie ujawnionych faktów.

Książka Jana Tomasza Grossa (być może jednostronna i ukazująca jakiś jedynie fragment rzeczywistości) wpisuje się w ton niektórych wcześniejszych wypowiedzi (wymieńmy choćby prace Gabrieli Lesser, Anny Bikont, Tomasza Szaroty) i zapewne otworzy nowy etap dyskusji nad przeszłością. Nie może to już być, jak kilka lat temu, debata nad jednym tylko zdarzeniem, takim jak Jedwabne (był to jednak opis historii kilku dni jednego tylko miasta), ale debata nad postawą społeczeństwa polskiego w czasie okupacji i zaraz po niej.

Nie chcę wypowiadać się jako historyk i specjalista, którym nie jestem. Mogę jedynie wyrazić przekonanie, że próba zrozumienia minionego czasu (a warunkiem jest poznanie prawdy) przynieść może, mimo nieuchronnego ryzyka, także wiele korzyści i podziała oczyszczająco. Być może, jeżeli ujrzymy w jaskrawym świetle lampy badacza własną przeszłość, własne zachowanie, własne czyny, będziemy lepiej i skuteczniej walczyli z antysemickim stereotypem, który nie do końca formułowany, czasem wstydliwie skrywany, trwa w wielu umysłach i określa współczesne zachowania. Może jednak łatwiej będzie nam zwalczać wszelkie przejawy ksenofobii, łatwiej otwierać się na potrzeby innych i łatwiej godzić się ze złożonością i zróżnicowaniem współczesnego świata. Staniemy się bardziej wolni i bardziej autentyczni, być może – w co wierzę – bardziej przekonywający dla innych.

Dyskusję nad przeszłością lat 1939-48 uznaję za daleko ważniejszą niż dyskusje nad granicami lustracji. W tym pierwszym wypadku chodzi o nasze dusze i rozumienie świata, w tym drugim o banał słabości ludzkich charakterów.

*Marek Safjan – ur. 1949, prawnik, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Autor ok. 200 publikacji naukowych, autor lub współautor wielu książek z prawa cywilnego, medycznego, europejskiego i konstytucyjnego. Członek Komitetu Helsińskiego w Polsce. W latach 1998-2006 prezes Trybunału Konstytucyjnego. Marek Safjan jest członkiem naszego Stowarzyszenia.

 

Dziękujemy Autorowi i Gazecie Wyborczej za zgodę na udostępnienie artykułu.