Na terenach wschodnich II Rzeczypospolitej, gdzie działała OUN, a później UPA, mieszkali ludzie różnej narodowości i wyznania: Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Czesi, Niemcy i inni. Ta różnorodność była charakterystyczną cechą ziem dawnej rzeczpospolitej polsko-litewskiej i w ogóle tej części Europy. Pojawienie się tutaj pod koniec XIX wieku idei nowoczesnego nacjonalizmu, polskiego, ukraińskiego czy żydowskiego, a następnie jej radykalizacja sprawiła, że powstały, a potem nabrały znaczenia organizacje głoszące hasła bezpardonowej walki z innymi grupami etnicznymi. W naturalnej, trwającej stulecia różnorodności nacjonaliści z ONR i OUN widzieli tylko problem, wymagający radykalnych, a nawet brutalnych działań, bo głosili zarazem pochwałę przemocy. Pojednanie między narodami uznawali za szkodliwą mrzonkę. Nieprzypadkowo jedną z ofiar terroru OUN w latach 30. był Tadeusz Hołówko – bliski współpracownik Piłsudskiego i rzecznik zbliżenia polsko-ukraińskiego.

Nikt chyba nie zaprzecza, że przywódcy UPA mieli wrogi stosunek do mniejszości, zwłaszcza do Polaków i Żydów. Polaków utożsamiali z polską dominacją w czasach II RP, a wcześniej z dominacją polskiej szlachty, uznawali Polskę i Polaków za wrogów. Mieli też wrogi stosunek do demokracji, uważali ją za system przegniły i zakłamany, służący interesom wpływowych grup. Dlaczego nie można porównać tego do stosunku, który do demokracji i do mniejszości mieli radykalni nacjonaliści z ONR i NSZ? Podobieństwo ideowe wydaje mi się oczywiste.

 

Cała rozmowa w serwisie interia.pl