7 października 2023 roku wpłynął na działalność POLIN znacznie silniej niż inne globalne kryzysy. Nie mamy bezpośrednich związków z państwem Izrael, ale jest dla nas niezwykle istotnym miejscem.
Kaja Puto: Mieszkańcy warszawskiego Muranowa, szczególnie ci starsi, obawiali się powstania Muzeum Żydów Polskich POLIN. W 2013 roku w spokojnej, raczej emeryckiej dzielnicy mieszkaniowej pojawił się budynek muzeum, a wraz z nim – zagraniczne wycieczki, smrodzące autokary, kolejki w sklepach.
Ewa Chomicka: Początki nie były łatwe, bo POLIN to potężny gmach, który „zawłaszczył” mieszkańcom sporą część zielonego, centralnego dla dzielnicy skweru, przez lata służącego im jako miejsce do spacerów z psem czy opalania. Budowa rozpoczęła się w 2009 roku – to nie były czasy konsultacji społecznych, nikt nie pytał mieszkańców o zgodę czy chęć. Co gorsza, budynek otoczony był przez kilka lat budowy wysokim płotem.
Druga sprawa to tematyka poruszana przez muzeum. Choć obejmujemy tysiąc lat historii Żydów polskich, na początku byliśmy postrzegani przez warszawiaków przede wszystkim jako muzeum Holokaustu. Miejsce opowiadające o trudnej, mrocznej historii, niekojarzone z wypoczynkiem – w opozycji do pierwotnej funkcji skweru.
Mieszkałam na Muranowie przez kilka lat i chyba jestem w stanie zrozumieć, o co chodzi. Pagórek skrywający szczątki Mordechaja Anielewicza, przywódcy powstania w warszawskim getcie, był dla mnie jak ogródek – przychodziłam tam poczytać książkę, zapalić papierosa. Ale na widok izraelskiej wycieczki zrywałam się na nogi w obawie, że moja obecność może kogoś urazić.
Jakub Woźniak: Nikt nie lubi mieszkać na cmentarzu. Żydowska Dzielnica Północna, która funkcjonowała tu przed wojną, zniknęła z powierzchni Ziemi. A powojenny Muranów był praktycznie pozbawiony śladów przeszłości. Naszych sąsiadów niepokoiło to, że muzeum będzie przypominać tę tragiczną i wypartą historię. Dlatego od samego początku staraliśmy się ich z nią oswajać. Pokazywać, że POLIN to nie tylko pamięć o morzu gruzów i getcie, że to dużo dłuższa i wielowymiarowa historia, która mieści bliższe nam i naszej misji hasło: „muzeum życia”.
EC: To zresztą kontynuacja architektonicznej idei Bohdana Lacherta, który zaprojektował Muranów jako „dzielnicę życia”. To osiedle – jedno z pierwszych wybudowanych po wojnie – miało być zielone, jasne, komfortowe. Miało być miejscem społecznym i wspólnotowym, a jednocześnie pomnikiem trudnej historii pogrzebanej w podziemiach.
Jak więc oswajaliście mieszkańcom POLIN?
EC: Zaczęliśmy to robić jeszcze przed budową muzeum. W 2006 roku na skwerze Willy’ego Brandta stanął „ohel”, co po hebrajsku oznacza namiot. Miejsce to zapowiadało muzeum, ale też zachęcało mieszkańców do opowiadania tzw. mikronarracji, czyli osobistych historii związanych z historią tego miejsca, które zaprezentowaliśmy później w formie wystawy plenerowej. Powstające muzeum budziło obawy, ale również zainteresowanie.
Gdy budynek otworzył się w 2013 roku dla publiczności, nie było jeszcze stałej wystawy.
EC: Ta powstała dopiero w 2014 roku. Ale jeszcze przed jej otwarciem do skrzynek pocztowych naszych sąsiadów i sąsiadek trafiły zaproszenia na dni otwarte muzeum. W holu głównym podczas otwarcia budynku powstał „las idei” – instalacja z drewnianych patyczków, które wspierały ścianę krzywoliniową w holu głównym, architektoniczny znak rozpoznawczy instytucji – i na których można było zawiesić życzenia czy oczekiwania względem muzeum i wspólnej przyszłości. Na stałą wystawę zaprosiliśmy sąsiadów i sąsiadki jeszcze przed jej oficjalnym otwarciem. Chcieliśmy, żeby byli pierwszymi gośćmi muzeum, żeby czuli, że są dla nas ważni, nie mniej niż goście z zagranicy.
Zachęcaliśmy szczególnie starsze osoby, by dzieliły się z nami swoimi wspomnieniami z wojennych i powojennych czasów. Organizowaliśmy spektakle i wykłady performatywne z udziałem osób sąsiedzkich, na których dziewięćdziesięciolatka ze swoją opowieścią i historią mogła spotkać się z muranowskim nastolatkiem. Niektórzy przychodzili , bo interesowała ich historia Muranowa, inni trafiali do nas przypadkiem. Podejście to – zainteresowanie lokalnymi opowieściami, pamięcią naszych sąsiadów – towarzyszyło nam przez kolejne lata funkcjonowania muzeum. Budowa tych relacji trwała lata, bo nie można powiedzieć, że mieszkańcy Muranowa przełamali lęk przed wejściem do POLIN, jak tylko zostały zdjęte płoty ogradzające miejsce budowy.
Płotów już nie ma, ale na wejściu widzów wita kontrola bezpieczeństwa, przypominająca tę na lotnisku. To nie jest w polskich muzeach standardem i wywołuje poczucie wyobcowania.
EC: Osobiście miałam w związku z tym wiele dylematów – z pewnością nie ułatwiało to budowania relacji, a wręcz stawiało dodatkową barierę. Ale w ostatniej dekadzie w muzeach żydowskich na całym świecie miało miejsce wiele incydentów – do najgłośniejszych należał zamach terrorystyczny w Brukseli. Zrozumiałam, że jest to konieczne. Staramy się ogrywać te bramki w aktywistyczno-artystyczny sposób – zagrały one na przykład w spektaklu o wolności, jaki zrobiłyśmy z Teatrem 21.
JW: Bazowaliśmy na doświadczeniach podobnych, nowoczesnych instytucji na całym świecie. Smutna historia ostatniej dekady nie sprawia oczywiście, że przejście przez bramki stało się przyjemniejsze dla publiczności. Ale z drugiej strony, coraz więcej ludzi rozumie, że żyjemy w niestabilnym, pełnym napięć świecie, i że wymaga to stosowania niekiedy uciążliwych środków bezpieczeństwa. Staramy się przy tym robić wszystko, żeby proces przechodzenia przez bramki był możliwie przyjazny i profesjonalny.
Cała rozmowa w Krytyce Politycznej
STOWARZYSZENIE
OTWARTA RZECZPOSPOLITA
Biuro czynne dla interesantów:
poniedziałek-piątek: 10.00 - 14.00
Chcesz być na bieżąco?