Polska wersja strony angielska wersja strony
   
Otwarta na Facebooku


Otrzymuj najnowsze informacje!
Zapisz sie do Newsletter

Jubileusz Jerzego Jedlickiego

14.06.2010

 

Jakim ma być historyk?

 

Lelewel strasznie się irytował na takich uczonych, którzy myślą, że historia to tylko "tabularne, proste i suche bez ozdób i związku zdarzeń liczenie". Jerzy Jedlicki - który 14 czerwca kończy 80 lat - od takich historyków stoi jak najdalej.

Czym właściwie zajmują się historycy? Z własnych mętnych wspomnień z zamierzchłych czasów, zanim poszedłem na studia historyczne, a także z okazyjnych rozmów z niehistorykami, mam wrażenie, że historyk w opinii powszechnej to taki człowiek, który siedzi w archiwum (ostatecznie w bibliotece) i czyta stare papiery. Co w nich wyczyta, to zapisuje na karteczkach (dzis raczej w laptopie), a potem pisze w swoich książkach, a potem czyta dalej, i wydaje następne książki i tak w kółko.

Dziś, kiedy historia w popularnym odbiorze łączy się z odkrywaniem różnych "tajemnic", czy to dotyczących czasów PRL (teczki), czy II wojny światowej, owa naiwna wizja historyka jako kogoś, kto głównie odkrywa w archiwach "nieznane" dokumenty i na ich podstawie poznaje przeszłość, jeszcze się chyba pogłębiła.

A Jerzy Jedlicki jest zupełnie inny.

Trochę dlatego, że nie jest tylko historykiem. Studiował socjologię i zawsze widzi wydarzenia historyczne w szerszej perspektywie społecznej. Jego krótkotrwałe młodzieńcze zaangażowanie w komunizm i późniejsze rozczarowanie dały mu - wolno domniemywać - zrozumienie, "ile straszliwego zła wylęgło się z najszlachetniejszych idei i zamiarów zbawienia ludzkości" (jak mówił w rozmowie z dziennikarką Beatą Chmiel w 1986 r.).

W końcu lat 70. zaangażował się w działalność w nielegalnym Towarzystwie Kursów Naukowych; efektem tej jego działalności publicznej i działalności podczas "pierwszej Solidarności" lat 1980-81 było internowanie w stanie wojennym. W Polsce niepodległej działa m.in. w Towarzystwie Przeciw Ksenofobii i Antysemityzmowi "Otwarta Rzeczpospolita" (jako przewodniczący Rady Programowej). Często (przeważnie na łamach "Gazety Wyborczej i "Tygodnika Powszechnego") wypowiada się w licznych kwestiach bieżących: pisze o niewydawaniu przez banki kart kredytowych starym ludziom, o procesie generała Jaruzelskiego czy o specyfice postaw antysemickich. Ta ważna i szeroka sfera działalności Jerzego Jedlickiego wpływa niewątpliwie na jego widzenie przeszłości. Nie ona wszakże jest tematem niniejszego szkicu.

Stare fakty, nowe odczytanie

Jerzy Jedlicki nie pasuje do stereotypowego obrazu historyka nie tylko ze względu na szerokość zainteresowań pozanaukowych: przede wszystkim dlatego, że wie, że poznanie przeszłości nie jest bezproblemowe. Jedlicki jest uczniem Witolda Kuli, jednego z najwybitniejszych polskich historyków XX wieku; badacza, który z ogromną pasją sprzeciwiał się historii bezrefleksyjnej, ograniczonej do bezmyślnego poznawania coraz to nowych "faktów". W tej dziedzinie podobieństwo myśli Jedlickiego i jego mistrza jest uderzające, mimo odmienności tematyki zainteresowań. Faktów jest nieprzeliczona ilość, nikt nie pozna ich wszystkich; a w zależności od tego, które z nich znamy, jakie ciągi wydarzeń z nich ustawimy, otrzymamy obrazy zupełnie inne. Poznanie przeszłości, to nie tylko ustalanie, w drodze lektury źródeł i ich krytycznej analizy, "faktów".

Weźmy najbardziej chyba znaną pracę Jedlickiego, wydaną po raz pierwszy w 1988 r. książkę "Jakiej cywilizacji Polacy potrzebują. Studia z dziejów idei i wyobraźni XIX wieku". Ta nowatorska praca dwadzieścia kilka lat temu ukazała zapoznane oblicze polskiego XIX wieku, przedstawiając debaty toczone w czasach zaborów nad kierunkami rozwoju cywilizacyjnego kraju. Otóż jest bardzo prawdopodobne, że w tej fascynującej książce niewiele jest "nieznanych faktów". Jedlicki przekopał się przez góry XIX-wiecznego piśmiennictwa, ale ostatecznie teksty te były w bibliotekach, w rocznikach starych gazet i w pożółkłych książkach - każdy mógł je przeczytać, co to więc znaczy, że były "nieznane"?

O wielkiej wadze tej pracy decydują nie odkrycia faktograficzne, lecz nowe odczytanie znanych tekstów i jasne postawienie problemu, determinującego dobór materiału. Jedlicki nie pozwala, by materiał źródłowy go zdominował: to autor decyduje, któremu z bohaterów książki oddać głos i na jak długo.

Wiele lat przed publikacją "Jakiej cywilizacji ", w 1974 r., Jedlicki zadał sobie i czytelnikom fundamentalne pytanie: "czy wszystko, co o czymśkolwiek wiedzieć można, wiedzieć warto?". Nie dał jasnej odpowiedzi, ale nie ma wątpliwości, że odpowiedź brzmi "nie". Badania historyczne, jak każda inna działalność ludzka, podlegają prawu malejącej wartości krańcowej, to znaczy każda następna jednostka czasu przeznaczona na badanie przynosi mniejszy efekt; w pewnym momencie trzeba przerwać, bo stosunek włożonego wysiłku do osiągniętych rezultatów staje się zupełnie nieproporcjonalny. Czas oszczędzony dzięki rezygnacji z nierealistycznego dążenia do "wyczerpania materiału" trzeba użyć na coś innego: na mozolną pracę nad konstrukcją książki, nad selekcją materiałów mniej ważnych a wypunktowaniem spraw najważniejszych. Praca taka jest pracą badawczą w tym samym stopniu co czytanie źródeł.

A jeśli tak, to jasnym się staje, dlaczego dla Jerzego Jedlickiego literacka forma pracy historycznej jest rzeczą centralną. Nie chodzi tu jedynie o tzw. sprawne pióro, dziennikarską biegłość, która ułatwia czytelnikowi lekturę. Oczywiście i to się liczy, ale - mam wrażenie - nie jest najważniejsze: Jedlicki, pisząc elegancko, piękną polszczyzną, nieraz z lekka archaizowaną, nie zawsze jest łatwym autorem.

Chodzi o coś głębszego: Jedlicki wielokrotnie mówił, że materią, w której pracuje historyk, jest słowo, i panowanie nad nim jest podstawowym warunkiem uprawiania historii. Wydaje mi się, że wynika to z przekonania, iż literacka strona pracy historycznej nie jest jedynie formą, w jaką ubiera się wcześniej dokonane wyniki badań; jest integralną częścią pracy historyka i dopiero po przedstawieniu zbadanych zjawisk słowami nabierają one struktury. Jeśli szata językowa jest formą, to nie w tym nieco lekceważącym znaczeniu współczesnym, kiedy przeciwstawiamy treść (czyli coś ważnego) mniej ważnej formie, lecz w dawnym sensie, jaki nadawali temu pojęciu średniowieczni filozofowie, mówiąc, że dusza jest formą ciała: nadaje ona kształt chaotycznej materii.

Co wolno dla wyższej sprawy

Jerzy Jedlicki, jak większość ludzi, ma swoje poglądy, sympatie i antypatie. Weźmy raz jeszcze "Jakiej cywilizacji Polacy potrzebują".

Czytelnik nie będzie miał raczej wątpliwości, że Jedlicki darzy sympatią i sentymentem zwolenników pracy organicznej. Zarazem jednak potrafi przedstawić racje wielu stron; przekonać czytelnika, że analizowane debaty były poważne; to znaczy, że niezależnie od tego, po której stronie lokują się nasze sympatie, trzeba uznać, że argumenty obu stron są sensowne i zasługują na uwagę.

Tę postawę jeszcze wyraźniej widać w następnej książce Jedlickiego, "Świat zwyrodniały". Książka ta opowiada o obawach ludzi, którzy z niepokojem obserwowali mniej więcej sto lat temu rozwój społeczeństwa masowego, demokratyzację kultury, tryumf światowej gospodarki kapitalistycznej - i spodziewali się w wyniku tych przemian wszystkiego najgorszego.

Generalnie rzecz biorąc Jedlicki sympatyzuje ze zwolennikami modernizacji; tutaj jednak na tyle empatycznie podszedł do swoich bohaterów, że skłonny jest uznać wiele z ich ostrzeżeń, choć może niekoniecznie ich recept. W sumie, zdaje się sądzić Jedlicki, racje były podzielone - a krytycy nowoczesności, wskazując na związane z nią zagrożenia, przyczynili się do tego, że niektóre choćby z owych zagrożeń zostały zażegnane.

W tej umiejętności słuchania racji różnych stron bez rezygnacji z własnych poglądów leży jedna z głównych zalet Jedlickiego jako historyka. Może nawet więcej niż tylko słuchania: czytając Jedlickiego można niemalże widzieć jego dukt myśli, jego zastanawianie się, ważenie argumentów; niezależnie od jego sympatii do takich czy innych poglądów kwestia "kto tak naprawdę miał rację w badanych polemikach" nigdy nie jest przez Jedlickiego domknięta.

Wielu historyków uznałoby może, że jest to naturalne, bo historyk ma przedstawiać badane problemy w odniesieniu tylko do analizowanej epoki, unikać wszelkich międzyepokowych porównań, które grożą anachronizmem, wykroczeniem numer jeden przeciw zasadom niepisanego kodeksu historycznego rzemiosła. I znowu pozycja Jedlickiego jest bardziej skomplikowana.

Jedlicki nie boi się elementów aktualizacji. Myślę nawet, że stosunkowo łatwo byłoby nadać różnym fragmentom prac Jedlickiego wydźwięk współczesny. Już pierwsza jego książka, poświęcona rządowej polityce gospodarczej w Królestwie Polskim po powstaniu listopadowym, musiała nasuwać skojarzenia (i nasuwała, skoro autorski tytuł "nieudana próba industrializacji" został w druku zmieniony na "nieudana próba kapitalistycznej industrializacji", aby nikt sobie niczego nie pomyślał ). Książka opowiada o błędnych decyzjach inwestycyjnych władz Królestwa a jej morałem jest stwierdzenie Bolesława Prusa: "żaden rząd bowiem nigdy dobrym przemysłowcem nie był i nie będzie". W Polsce Władysława Gomułki było to stwierdzenie nie tylko o znaczeniu historycznym.

Można dawać przykłady i z innych prac Jedlickiego: tak np. decyzja o wybuchu powstańczym podjęta w 1863 r. kojarzy się z analogiczną decyzją podjętą w roku 1944, a problem "honoru" jako motywacji w ruchach powstańczych XIX wieku kojarzyć się może z dyskusjami lat 80. XX wieku, a także z rozmaitymi zjawiskami polskiej polityki obecnie. Jednak nie mamy tu do czynienia z redukcją "przeszłości do teraźniejszości". Jedlickiemu nie chodzi o to, aby pod osłoną przeszłości pisać o teraźniejszości: w czasach bez cenzury nie ma zresztą najmniejszej potrzeby aby tak postępować. Nie mamy do czynienia z aktualizacją, tym mniej z prezentyzmem. To raczej refleksja o rytmie historii, o swoistej powtarzalności reakcji i decyzji ludzkich w podobnych (choć nie identycznych) sytuacjach w ciągu wieków.

Właśnie owa świadomość powtarzalności pewnych sytuacji, połączona z umiejętnością empatycznego przedstawienia sprzecznych racji, sprawia zapewne, że Jerzy Jedlicki jest historykiem niezwykle wyczulonym na problemy moralne: zarówno te, jakie były udziałem bohaterów jego prac, jak i te, przed którymi stoimy my dzisiaj, kiedy przyglądamy się przeszłości, usiłując ją oceniać i wyciągać z niej wnioski.

W swojej najnowszej książce, poświęconej dziejom inteligencji polskiej około połowy XIX wieku (lata 1832-1864), zatytułowanej charakterystycznie "Błędne koło", poświęca wiele miejsca powstaniu styczniowemu. Te dwa długie rozdziały należą w moim przekonaniu do najbardziej poruszających tekstów napisanych przez Jedlickiego; może szkoda, że "utonęły" w trzech długich tomach "Dziejów inteligencji", bo z powodzeniem mogłyby tworzyć osobną niewielką książkę.

Nad całym tym tekstem unosi się dręczące pytanie: czy wolno, kiedy wolno, w imię czego wolno poświęcać jednostkę dla zbiorowości? Pośrednio dotyczy to również i historyka, który nie jest winien oczywiście niczego, co się zdarzyło w przeszłości, ale nie powinien lekką ręką prześlizgiwać się nad nieszczęściami, widząc w dalszej perspektywie jakieś korzyści, które owe nieszczęsne wydarzenia naprawdę lub rzekomo przyniosły - ale oczywiście nie tym, którzy w ich wyniku stracili życie lub mienie, lecz w najlepszym razie ich potomkom.

Jedlicki pokazuje, jak w atmosferze patriotycznej presji, której nie sposób się oprzeć, kilka osób o najlepszych chęciach, ale zupełnie nieznanych szerszemu ogółowi zbiera się i - decyduje o powstaniu. "Jeden aplikant sądowy, jeden świeży absolwent prawa, jeden urzędnik skarbowy, jeden początkujący architekt, jeden ksiądz i jeden oficer - ( ) ze ściśniętym sercem podjęli decyzję, która zaważyć miała na losach Polski, a poniekąd także Litwy i Ukrainy, na przeciąg pół wieku, a może i dłużej".

Ta decyzja wywołała oczywiście znane skutki polityczne: ale dla Jedlickiego równie ważne są jej skutki dla życia jednostek stawianych przed wyborami moralnymi niejednokrotnie ponad ludzkie siły; wyborami, które nieuchronnie kończyły się tragicznie. "Wielka historia doganiała małą, prywatną historię życia i żądała jasnej odpowiedzi: kim jesteś? Komu służysz?". Dla urzędnika z małego miasteczka, przez które przeciągały raz oddziały powstańcze, raz rosyjskie, "bywał to niekiedy wybór, przez kogo dać się wybatożyć, albo i powiesić".

Inny przykład pochodzi ze wspominanej już "Jakiej cywilizacji". Rozwój kapitalizmu, jak wiadomo, oznaczał początkowo zubożenie dużych grup ludności. Na dłuższą metę przyniósł wszystkim dobrobyt nie spotykany nigdy dotąd w dziejach, ale na krótką metę było inaczej.

Zarówno marksiści, wierzący, że rozwój kapitalizmu jest niezbędnym warunkiem rewolucji proletariackiej jak i ortodoksyjni liberałowie wierzący w dobrodziejstwa wolnego rynku, nie mieli z tym większych problemów. Marksiści oczekiwali, że warstwa chłopska przestanie istnieć: drobni producenci nie mają przecież w myśl marksistowskiej ortodoksji, racji bytu w kapitalistycznym społeczeństwie, w którym jest miejsce tylko na kapitalistów-wyzyskiwaczy i pozbawionych własności proletariuszy. Jedlicki cytuje z wyraźną ironią teksty socjalistyczne z końca XIX wieku, z radością witające tę perspektywę, zbliżającą świat do zwycięstwa proletariatu: chłopi i rzemieślnicy "cierpią w obronie przeżytych form ( ), tak, jak cierpiała arystokracja pod nożem gilotyny Wielkiej Rewolucji".

Jedlicki komentuje: "Mocno to było powiedziane i chłopom, gdyby czytali "Walkę klas", mogłoby być trochę przykro, że po wiekach poddaństwa (...) zostali porównani ze swymi panami i razem z nimi skazani na śmierć pod gilotyną praw historii". Jedlicki nie może - właśnie z przyczyn moralnych - zaakceptować przekonania, że późniejsze szczęście - czy to w kapitalizmie czy w socjalizmie - może usprawiedliwić cierpienia w danej chwili. Jego sympatia, przeciw zarówno ortodoksyjnym marksistom jak i radykalnym leseferystom, leży po stronie tych ekonomistów, którzy sądzili, że akumulacja kapitału może dokonać się stopniowo. Wielkopolski model modernizacji przez budowę nowoczesnej wsi raczej niż wielkiego przemysłu, zdaje się potwierdzać przekonanie, że taki, jak pisze Jedlicki, "łagodny kapitalizm", nie jest tylko utopią.

Najważniejszym może wyrazem wrażliwości Jedlickiego na problematykę moralną jest jeden z najbardziej znanych jego tekstów, który w swoim czasie wzbudził żywą dyskusję - "Dziedzictwo i odpowiedzialność zbiorowa" z 1988 r.

Główna teza jest następująca: uznanie współodpowiedzialności - co nie znaczy współwiny - za złe czyny, dokonane przez członków własnej grupy narodowej, społecznej czy wyznaniowej - jest nieodłącznym składnikiem samej przynależności do grupy. To trochę tak jak z przyjęciem spadku: jeśli go przyjmujemy, przyjmujemy też ciążące na nim długi i powinności. Owo zainteresowanie moralnym aspektem poznawania przeszłości było zapewne jedną z przyczyn zaangażowania Jedlickiego w debatę wokół książki Jana Tomasza Grossa "Sąsiedzi". Burzliwa dyskusja w Sali Lelewelowskiej Instytutu Historii PAN na zorganizowanym przez Jedlickiego zebraniu była istotnym elementem owej debaty. Odważna próba Grossa przełamania milczenia na temat "win własnych" Polaków pod okupacją była przecież jakby realizacją postulatów z "Dziedzictwa i odpowiedzialności zbiorowej".

Ale obok tego czynnika etycznego był, jak sądzę, i drugi, ściśle naukowy: praca Grossa utrafiała w jeden z centralnych punktów zainteresowań Jedlickiego od wielu lat. Chodzi o rolę "Emocji zbiorowych w historii" - taki był tytuł cyklu wykładów, które Jerzy Jedlicki wygłaszał w Instytucie Historycznym UW wkrótce po zwolnieniu z internowania, kiedy byłem na drugim roku studiów. Jedlicki mówił o polowaniach na czarownice, o uprzedzeniach antyżydowskich, o ideach mesjanistycznych i złudzeniach Wielkiej Emigracji - był to zdecydowanie najciekawszy wykład, jakiego zdarzyło mi się słuchać na studiach.

Temat: polskie peryferie

Świadectwem wielości zainteresowań były prowadzone przez Jerzego Jedlickiego do 2009 r. otwarte zebrania Pracowni Dziejów Inteligencji w Instytucie Historii PAN na Rynku Starego Miasta w Warszawie. Gromadziły one po kilkadziesiąt osób, a wśród prelegentów byli przedstawiciele wszystkich chyba dziedzin humanistyki, jeśli zaś historycy - to specjaliści od najróżniejszych epok, wcale nie najczęściej od XIX wieku, stanowiącego przecież "w zasadzie" przedmiot badań Jedlickiego. Kiedyś, wygłaszając wprowadzenie do referatu o średniowieczu, wyjaśnił, dlaczego pracownia zajmująca się XIX wiekiem zaprasza mediewistę. Powiedział mniej więcej tak: rozumiem, gdy ktoś mówi, że się nie zna na średniowieczu; nikt nie może znać się na wszystkim. Ale nie rozumiem, kiedy ktoś mówi, że nie interesuje się średniowieczem. Jedlicki może nie zna się równie dobrze na wszystkim, ale interesuje się wszystkim.

Jedlicki jest historykiem który chce mówić nie tylko do swoich kolegów-fachowców, ale do szerszego grona czytelników. Nie "popularyzuje" w sensie spłycania, lecz mówi jasno tak, że każdy, kto poświęci trochę umysłowego wysiłku, jest w stanie zrozumieć. W ostatnich latach coraz częściej, w rozmaitych wykładach i esejach (może w przyszłości poświęci tej tematyce osobną książkę?) podejmuje problematykę porównawczą. Dąży do uogólnienia swych badań nad XIX-wieczną polską modernizacją i przedstawienia specyfiki kultury polskiej jako kultury peryferyjnej - z całym dobrodziejstwem inwentarza. Kwestii tej poświęcił parę krótszych wypowiedzi i obszerny odczyt, wygłoszony w kwietniu br. w Fundacji im. B. Geremka w Warszawie. Należy mieć nadzieję, że doczekamy się szerszej pracy na ten temat.

Bo w myśleniu historycznym Jedlickiego kwestie peryferyjnego statusu (czy po prostu zacofania) polskiego społeczeństwa i kultury zajmują bardzo istotne miejsce. Coraz częstsze są głosy, odmawiające racji bytu dychotomii zacofanie/nowoczesność, czasem badacze patrzący w perspektywie postkolonialnej widzą w tej dychotomii jedynie przykład narzucania przez "centrum" kategorii obserwacji świata; szkoła analizy "dyskursu" każe przyglądać się społecznemu kontekstowi używanych pojęć, samo pytanie o to czy dane pojęcia dobrze opisują rzeczywistość społeczną uchyla natomiast jako nieistotne (a może źle postawione, bo sugerujące możliwość analizy społeczeństwa niezapośredniczonej przez słowa).

Jedlicki, przy całym swoim zainteresowaniu rzeczami ulotnymi: słowami, wyobraźnią, fantazmatami i emocjami, wierzy jednak, że istnieje coś takiego jak rzeczywistość społeczna, która jest dostępna badaniu historycznemu. (zob.jego interesujące uwagi na ten temat we wstępie do pierwszego tomu zbiorowych "dziejów inteligencji polskiej do 1918 r., pod jego redakcją). Tak więc dla czytelnika "Jakiej Cywilizacji" czy "Błędnego koła" nie ulega raczej wątpliwości, że sytuacja peryferyjna i zacofanie gospodarcze są realiami a nie tylko częścią dyskursu.

W 1986 r., wkrótce po ukończeniu "Jakiej cywilizacji...", Jedlicki mówił dziennikarce Beacie Chmiel: "Rzetelny historyk nie może pominąć w swojej opowieści tych mrocznych konsekwencji wiekowej niewoli, cywilizacyjnej degradacji Polski w XIX i XX wieku ( ) Ale jeśli chce o tym pisać, ( ) to ( ) stanie w konflikcie z potrzebą dumy narodowej. To jest konflikt nieuleczalny, bo nie przez przekorę ani z zamiłowania do szyderstwa, lecz z samej natury swego zawodu historyk jest niszczycielem tradycji i legendy".

Ostre słowa, i można się zastanowić, czy oddają one rzeczywiście to, co wyczytać można w ksiązkach Jedlickiego. Częściowo na pewno tak, bo jego intelektualnym zamiarem jest, aby zejść ze szczytów; zajmować się nie kilkunastoma czy kilkudziesięcioma najwybitniejszymi postaciami, ale poglądami, uprzedzeniami, złudzeniami przeciętnych inteligentów; a z tej perspektywy oczywiście kultura polska wygląda mniej wzniośle, mniej koturnowo niż z perspektywy Mickiewicza, Krasińskiego czy Norwida.

Jednak Jedlickiego zdecydowanie nie dałoby się zakwalifikować do grona "niszczycieli tradycji i legendy": Jedlicki widzi w dziejach codzienność i powszedniość, ale widzi w nich zarazem wielkość i szlachetność: głownie może w jednostkach sprzeciwiających się w imię racji sumienia temu, co uważają za złe. Jednostkami takimi są w "Jakiej cywilizacji" Eliza Orzeszkowa, autorka nie tylko powieści, lecz także niezwykle przenikliwych pism publicystycznych, może także Stanisław Szczepanowski, znany ze wspaniałego pamfletu "Nędza Galicji w cyfrach"; w "Błędnym kole" widać wyraźną sympatię autora do Narcyzy Żmichowskiej i kręgu jej umiarkowanych przyjaciół, krytycznie patrzących zarówno na represyjną politykę rządu rosyjskiego jak i na wzrastającą romantyczną egzaltację dążących do powstania radykałów. W tym kontekście chciałbym zwrócić uwagę na szkic Jedlickiego poświęcony polskim przeciwnikom radykalnego antysemityzmu w przededniu I wojny światowej. Tutaj również kilku inteligentów staje przeciw zbiorowemu pędowi emocji w imię indywidualnego sumienia.

Ale Jedlicki widzi, jak się zdaje, wartości wyższe nie tylko w tragicznych jednostkach stających przeciw prądowi. Widzi powód do optymizmu w samym fakcie, że istnieje debata o rzeczach ważnych, że są ludzie, którym chce się spierać o przyszłość kraju; że byli ludzie, którzy (jak brzmią ostatnie słowa "Jakiej cywilizacji ") "pod czujnym okiem cenzora, żandarma i szpiega spierali się zaciekle o hierarchię wartości, o sens ofiary i o zwiewny kształt nadziei, bez której spokorniały naród martwieje w jałowiźnie powszedniej egzystencji".

*Maciej Janowski - historyk, docent w IH PAN w Warszawie, kieruje w nim Pracownią Dziejów Inteligencji. Profesor w Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Autor m.in. pracy „Polska myśl liberalna do 1918 roku” (1998) i tomu I „Dziejów inteligencji polskiej do roku 1918” (2008)