Otrzymuj najnowsze informacje!
Zapisz sie do Newsletter
Stanisław Krajewski: Polemika z nagrodzonym artykułem Jana Hartmana
Przede wszystkim pragnę wyrazić satysfakcję z powodu nagrody Grand Press 2009, którą otrzymał mój młodszy kolega Jan Hartman za artykuł „Chciałbym być sobą” w Tygodniku Powszechnym. Szczerze mu gratuluję.
Przeczytaj polemikę Haliny Bortnowskiej
Uważam jednak, że byłbym nieszczery, gdybym na tym poprzestał. Z wielu godnych uwagi artykułów, które napisał, wybrano bowiem jeden, który – choć zawiera ciekawe myśli – jest według mnie mało udany. Poniższe uwagi polemiczne nie mają na celu nic innego niż podjęcie ważnego problemu. Nie chcę w żadnym razie pomniejszać Laureata, ale po prostu nie mogę zgodzić się z niektórymi jego tezami. Chcę jasno, czyli zdecydowanie, powiedzieć, co mi się w tym artykule nie podoba.
Jedno z kluczowych zdań nagrodzonego tekstu brzmi: „Żydzi i antysemici żyć bez siebie nie mogą.” Uważam to stwierdzenie za nie tylko nietrafne, ale też godne analizy, bo ujawnia pewien niedobry sposób myślenia o Żydach. Oczywiście jedna połowa tego zdania jest słuszna. Niewątpliwie antysemitom Żydzi są potrzebni. Jak ich (nas) nie ma, to muszą ich wymyślać lub „nominować”. Ale ta druga teza – wzajemność? Czy wielu z nas uważa, że antysemici są nam potrzebni? I to do tego stopnia, że „nie moglibyśmy żyć bez nich”? Brzmi to nie tylko wątpliwie, ale absurdalnie. Ja w każdym razie wolałbym żyć bez antysemitów wokół. Inna rzecz, czy to jest możliwe. Może jakiś stopień antysemityzmu jest nieunikniony w społeczeństwie chrześcijańskim, w cywilizacji europejskiej, w Polsce? Nie jestem pewien, ale o tym można dyskutować.
Jednak Hartman stwierdza jako rzekomą oczywistość, że antysemici nie tylko są, ale że my ich bardzo potrzebujemy, a więc, że się cieszymy z tego, że są, nawet jeśli – jak ja przed chwilą – zapewniamy, iż wcale nas to nie bawi. Oczywiście Hartman jest świadom tego, że wiele osób powie, iż antysemici nie są im potrzebni. Ale najwyraźniej uważa, że ujawnił jakieś głębokie żydowskie poczucie. Najpewniej sam odczuwa potrzebę istnienia antysemitów. OK, ma do tego prawo, ale żeby to imputować wszystkim Żydom? O co chodzi? Na szczęście nasz autor nie jest całkiem gołosłowny – podaje argument na rzecz owej potrzeby posiadania antysemitów.
Mianowicie „bez antysemitów Żydzi byliby zwyczajnym narodem, którym inni mało się interesują”. Uważa ten wzgląd (plus jeszcze to, że bez antysemitów nie byłoby Państwa Izraela) za tak ważny, że jest przekonany o jego uniwersalności w odniesieniu do Żydów.
Co my na to? Każdy może pomyśleć, co chce. Ja bez wątpienia też uważam, że byłoby niedobrze, gdyby Żydzi byli zwyczajnym narodem. Na pewno niektórzy zaoponują; np. syjoniści w zasadzie zamierzali uczynić z Żydów właśnie „zwyczajny” naród. (Nie uważam, by im się udało.) Możemy mieć w tej materii różne opinie. Tym, którzy zgadzają się z oceną, że nasza niezwyczajność jest czymś pozytywnym, proponuję zastanowienie się nad źródłem takiego przekonania. A przede wszystkim nad genezą tego faktu, faktu niezwyczajności – bo jest on niewątpliwy. Otóż najwyraźniej dla Jana Hartmana jest jasne, iż źródłem jest antysemityzm. Bez antysemitów byłoby nam smutno, bo inni by się nami nie interesowali. Z góry zakłada, że nie ma żydowskich dokonań, które by mogły przyciągać pozytywne zainteresowanie. Wygląda to tak, jakby wierzył tylko w negatywną motywację zainteresowania Żydami – bo rządzą, zagrażają, tumanią czy co tam jeszcze. Cóż to za miałka, defetystyczna i smutna wizja!
Ujawnione przez autora artykułu myślenie to wyraz braku wiary w to, że mamy coś ważnego do zaoferowania. Ta niewiara nie jest powszechna. Na pewno wielu z nas uważa, że bez antysemitów i tak istnieliby ludzie zainteresowani Żydami, historią, kulturą, a także teraźniejszością. I judaizmem. To ostatnie wskazuje na sferę, która wydaje mi się kluczowa (choć wiem, że nie wszyscy tak sądzą.) Myślę bowiem, że wiem, skąd bierze się to przekonanie o niezastąpionej roli antysemitów. Mianowicie z braku wiary. Z bezradności wszelkiego całkowicie świeckiego dywagowania o Żydach. Ja bowiem uważam, że nasza niezwyczajność wynika z naszej tradycji, która jest wyrazem absolutnie niezwyczajnej historii. Bo ta historia nie jest całkowicie świecka. Mówiąc wprost – niezwyczajność jest skutkiem wybrania. Jesteśmy narodem (choć „naród” to nie najlepszy termin) wybranym – chcemy czy nie chcemy. To niekoniecznie jest milutkie, bo pociąga za sobą różne obowiązki. I antysemityzm też. Antysemityzm jest fragmentem naszego otoczenia, ale to nie on jest naszą – tzn. naszej niezwyczajności – opoką.
Opisana kwestia to nie jest jedyna nietrafiona teza omawianego artykułu. Drugi centralny punkt to wezwanie do publicznego wyrażania antysemityzmu i antypolonizmu. Bo to ma pełnić rolę ozdrowieńczą. Oczywiście coś słusznego jest w postulacie, że lepiej jest, gdy w sferze publicznej odzwierciedlane są myśli, które normalnie wyraża się jedynie prywatnie. Faktycznie jeśli rozbieżność między wypowiedziami publicznymi a rozmowami w kuchni jest duża, dzieje się coś niezdrowego, co może zatruć życie publiczne. Czy jednak to wyrażanie złych uczuć, opinii i stereotypów – bo o to tu chodzi – ma być niczym nieograniczone? Przeciwstawia się tej myśli koncepcja politycznej poprawności. Choć forsując ją, czasem popada się w szkodliwą przesadę, to jednak uważam ją za osiągnięcie cywilizacyjne. Za każdym razem potrzebne jest wyważenie skutków jej obecności i skutków jej braku. Jan Hartman nie czyni (w omawianym artykule; nie twierdzę, że oddaje to całe jego podejście do tej sprawy) najmniejszej aluzji do takiego myślenia, tylko w ostrym pamfletowym stylu wzywa do danie w dyskursie publicznym głosu antysemityzmowi i antypolonizmowi.
Co to miałoby konkretnie znaczyć? Programy telewizyjne propagujące antysemityzm? Antysemickie przeglądy prasy? Honorowe miejsca dla zdeklarowanych antysemitów w panelach? I na okrasę raz na tydzień audycja przedstawiająca „antypolonizm”? Czy to ułatwiłoby, jak wieszczy Hartman, „uzdrowienie stosunków między oboma naszymi narodami”? Ja wiem, że w tym momencie sam popadam w ton pamfletu, ale jestem niezadowolony, że tak głęboka kwestia została ujęta tak płytko.
Nagroda Grand Press jest dowodem zainteresowania omawianym tematem w Polsce. Mam nadzieję, że będziemy jeszcze świadkami bardziej udanej dyskusji.
Stanisław Krajewski

