Rasizm w audycji muzycznej Programu III Polskiego Radia
26.10.2008
Szanowny Panie Redaktorze,
Należę do osób, dla których III program PR, czyli tzw. "Trójka" był znaczącym elementem generacyjnej biografii, biografii pokolenia poszukującego wolności, autonomii, tolerancji.
Dzięki audycjom Piotra Kaczkowskiego poznawałem Jimiego Hendrixa i Janis Joplin, Boba Dylana i Joan Baez. Audycje Barbary Podmiotko pozwoliły mi polubić muzykę Georgesa Brassensa. "Trzy kwadranse jazzu" umożliwiły mi kontakt z Johnem Coltranem i Milesem Davisem. Marcin Kydryński nauczył mnie słuchać "muzyki świata", od portugalskiej Marizy, przez tunezyjskiego Dhafera Youssefa do pakistańskiego Nustrata Fateaha Ali Khana. Wojciech Mann, Jacek Fedorowicz, Monika Olejnik to kolejne "magiczne" nazwiska.
Tym większy był mój szok, gdy w dniu 25 października, między godziną 11.30 a 12.00 usłyszałem w "moim" (publicznym!) radiu niejakiego Wojciecha Cejrowskiego (którego pamiętam przede wszystkim jako osobnika w kowbojskim stroju, który przed laty na oczach tysięcy telewidzów spychał - ku uciesze pewnej grupy telewidzów - z ławki "Indianina" Jurka Owsiaka). Otóż dzisiaj właśnie (25 października), tenże WC w swojej audycji puścił piosenkę "country", podobno wspinającą się w górę na amerykańskiej liście przebojów, której tekstowym leitmotivem była "dezynsekcja granicy"', eliminacja "meksykańskich karaluchów". Jak podkreślał prowadzący audycję, w Europie taki utwór nie mógłby ujrzeć światła dziennego, bo tu dominuje "polityczna poprawność". Na szczęście, według WC, w USA taka forma cenzury nie istnieje, w związku z czym Amerykanie mogą bez ograniczeń usłyszeć "co im w duszy gra", czyli pieśń o "meksykańskich karaluchach". Przyznaję, że dotychczasowa formuła "Trójki" była dla mnie jedynym powodem powrotu do płacenia tzw. abonamentu. W obliczu wspomnianej sytuacji, czuję się z takiego obowiązku zwolniony, nie życzę sobie bowiem, aby za moje ciężko zarobione pieniądze nadawano audycje, w których ludzi, ze względu na ich narodowość, poziom życia czy uznawane wartości nazywa się "karaluchami".
prof. UAM dr hab. Krzysztof Podemski
P.S.
1. Oczywiście wiem, że istnieje taki gatunek owadów jak karaluch meksykański, a także ludowa piosenka ale nie o nią tu chodzi) meksykańska La Cucaracha. Z całego kontekstu jasno jednak wynikało, że nie o rzeczywiste insekty chodziło prowadzącemu audycję, lecz o metaforę, ksenofobiczną i pogardliwą
2. Być może język, jakim określam WC (on sam z lubością posługuje się takimi inicjałami) jest niezbyt elegancki, co wynika z tego, że uznaję go za "pioniera" w dziele "schamiania" telewizji, otwarcia wrót do dialogów w rodzaju Dody z Saletą (TVN) czy Dody ze Steczkowską (TVP).

