Otrzymuj najnowsze informacje!
Zapisz sie do Newsletter
Grzebano ich na polskiej ziemi
13.05.2010
Idea odwiedzenia 9 maja grobów żołnierzy radzieckich, którzy zginęli w Polsce w czasie wojny, szybko wywołała sprzeciwy licznych publicystów.
Nie sądzę, żeby warto było wchodzić teraz w ten spór, wyjaśniać różnicę między tysiącami młodych żołnierzy powołanych często wbrew ich woli a Józefem Stalinem realizującym plan zawładnięcia znaczną częścią Europy, przypominać, że straty tej zwycięskiej armii były znacznie większe niż straty pokonanych, że radziecki poborowy, słabo wyszkolony i słabo uzbrojony, często pozbawiony dobrego dowództwa, był tanim mięsem armatnim, że przeżywał w sytuacji frontowej średnio trzy tygodnie, że zaledwie kilka procent Rosjan, którzy walczyli w roku 1941, dożyło końca wojny w maju 1945 roku. Może też i nie warto przypominać, że po wojnie wielu żołnierzy Armii Radzieckiej, jeśli nie zginęli, ale dostali się do niewoli niemieckiej, stało się po wojnie ofiarami czystek obłąkanego dyktatora. Jako zdrajcy trafiali na lata do północnosyberyjskich łagrów.
Sytuację roku 1945 celnie oddaje paradoks sformułowany przez Pawła Hertza: "Oni nas nie wyzwolili, ale uratowali nam życie". Wszystko to wydaje się przecież oczywiste dla ludzi dobrej woli.
Ale przecież koniec końców liczy się tylko jedno - na polskiej ziemi grzebano ciała ludzi, którzy ginęli tragicznie w czasie wielkiej wojny. Stanęli w obliczu śmierci i niezależnie od wszystkiego - munduru, własnych uczynków, polityki, historii - ich szczątkom należy się szacunek.
Warto może tylko przypomnieć niewielkie i nieco zapomniane opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza pt. "Cmentarz w Toporowie" z 1947 roku. Kiedy Iwaszkiewicz je pisał, pamięć wojny była świeża. Słowo "Niemcy" pisano powszechnie, nie tylko w dziennikach i korespondencji prywatnej, także w ówczesnej prasie, małą literą. Kwestia pamięci, winy, kary, sprawiedliwości, cierpienia i przede wszystkim odkupienia przedstawia się tu znacznie jaśniej niż wielu z nas potrafi ją widzieć dzisiaj. Wojnę rozumie się tu jako tragedię, która dotknęła wszystkich.
"Cmentarz w Toporowie" to opis przypadkowego spotkania na starym, zapuszczonym cmentarzyku niemieckim, gdzie wśród zniszczonych nagrobków bohater odnajduje tylko jeden czysty i wypielęgnowany, a obok niego modlącą się staruszkę. W maleńkim nadodrzańskim Topperau stara kobieta żyje od niedawna, przesiedlono ją, jak wielu ziomków, z przedwojennych polskich województw wschodnich, z Ukrainy zachodniej po wojnie włączonej do Związku Radzieckiego. Ludzie mówią tam "wszystkimi narzeczami Polski". Wypielęgnowany grób nie jest więc rodzinnym pomnikiem, ten został daleko, w małej utraconej ojczyźnie. Dlatego kobieta zajmuje się mogiłą nieznanego chłopca, młodego żołnierza niemieckiego. Żołnierz wrogiej armii był rówieśnikiem jej syna Kaziuka zabitego przez Niemców w czasie wojny: "On się został w Ongrodzie. To może i tam jest jaka matka, co jego mogiłki pilnuje. Za to, co ja tutaj tego Niemca - a może on był dobry, ten Niemiec" - powiada kobieta.
Pamiętajmy, prowadząc w tych dniach gorące dyskusje o nagrobkach żołnierzy, którzy "nas nie wyzwolili, ale uratowali nam życie", że ten spór nie jest nowy, że wszystko to są kwestie dawno już podjęte, że jeden z największych pisarzy polskich ubiegłego wieku dał jakby specjalnie w tej sprawie ważny drogowskaz.
Wszystkim tym, którzy w nagrobnym światełku widzą niebezpieczeństwo "relatywizacji historii", którzy pytają, czy 1 września zapalimy lampkę na grobach żołnierzy Wehrmachtu, chciałbym zadedykować to piękne opowiadanie.
Marek Radziwon, dyrektor Instytutu Polskiego w Moskwie
Źródło: Gazeta Wyborcza

