W rocznicę wprowadzenia stanu wojennego na manifestacji kiboli i nacjonalistów były ksiądz Jacek Międlar kolejny raz posługiwał się mową nienawiści i kolejny raz szczuł na Żydów. I kalał pamięć Tadeusza Mazowieckiego, pierwszego niekomunistycznego premiera w dawnym bloku wschodnim, nazywając go „komunistycznym parchem” i paląc jego portret. Obserwatorzy wysłani przez wrocławski magistrat tego seansu nienawiści nie przerwali. Przedstawiciel prezydenta Jacka Sutryka tłumaczył potem, że dlatego, iż nie dopatrzono się mowy nienawiści ani zagrożenia dla otoczenia.

Ale jakoś policja zagrożenia się dopatrzyła. Już skierowała wnioski o ukaranie za używanie otwartego ognia (tego obserwatorzy też nie widzieli?) i nie wyklucza, że kolejne wnioski do sądu jeszcze będzie kierować.

Zawiadomienie do prokuratury składają też członkowie Unii Europejskich Demokratów, bo uważają, że „nie można dalej dopuszczać do takich ataków w przestrzeni publicznej”.

A urzędnicy z wrocławskiego magistratu przekonywali jeszcze w zeszłym tygodniu, że  nie ma sensu zgłaszać do prokuratury, bo przecież gdy spalono portret Angeli Merkel, sprawa została umorzona. Dopiero teraz, po zdecydowanej krytyce bierności magistratu, prezydent Sutryk zdecydował, że jednak to doniesienie złoży.

Identyczną bezczynnością wykazał się wrocławski magistrat podczas ubiegłorocznego marszu narodowców na 11 listopada. Mimo że napadli fizycznie na pokojową kontrmanifestację, że palili race i nimi w ludzi rzucali, że posługiwali się mową nienawiści, to obserwatorzy z magistratu też uznali, że nie było podstaw do rozwiązania zgromadzenia. Tymczasem zajmujący się później sprawą sąd zawyrokował jednoznacznie, że ten marsz na pewno nie był pokojowy.

Tekst Leszka Frelicha we wrocławskiej Wyborczej