Polska wersja strony angielska wersja strony
   
Otwarta na Facebooku


Otrzymuj najnowsze informacje!
Zapisz sie do Newsletter

"Tu, wiadomo, łatwo nie jest". Znajomi o śmierci Maxwella Itoyi

03.06.2010

Pochodzący z Nigerii 36-letni Maxwell Itoya zginął od policyjnej kuli w niedzielę 22 maja na bazarze koło Dworca Stadion w Warszawie. Nie była to wiadomość dnia. Kraj żył powodzią. Nie wytrzymały wały na Wiśle, w Warszawie niedaleko bazaru, na którym umierał Maxwell, strażacy walczyli, by woda nie przedarła się na ulice Pragi.

Nigeryjczyk zginął, gdy policjanci wpadli na bazar w poszukiwaniu nielegalnego towaru. Maxwell handlował podrabianymi ubraniami i butami. Okoliczności tragedii nie są jasne. Policja podkreśla, że nie wiadomo, czy funkcjonariusz strzelił w obronie własnej, czy broń wypaliła przypadkowo podczas szamotaniny. Próbuje to wyjaśnić to prokuratura.

Po śmierci Maxwella tłum na bazarze obrzucił policjantów kamieniami. 32 czarnoskórych mężczyzn trafiło do aresztu na 48 godzin.

Henry, pochodzący z Nigerii student, mówi dziś "Gazecie", że widział na własne oczy, jak padł strzał.

Johnny, inny Afrykanin, był na miejscu, ale akurat odszedł - tylko słyszał strzał.

Anna, żona Johnny'ego, była wtedy w kościele na mszy.

James, szef Nigeryjskiego Forum Przyjaciół, przyjechał na bazar chwilę po śmierci Maxwella, próbował uspokoić wzburzonych rodaków.

Michaela, nigeryjskiego muzyka, nie było na bazarze; kilka lat temu rzucił handel.

Opowiadają nam o życiu w Polsce, dlaczego - ich zdaniem - doszło do tragedii, co teraz zrobią.

K... Murzyn, jesteś w Polsce

Niechętnie godzą się na spotkanie z dziennikarzami. Wszyscy oprócz Jamesa proszą: żadnych nazwisk, adresów, imiona zmienione: - Boimy się.

Henry, szczupły, modne okulary, uśmiecha się na powitanie. Spotykamy się w kafejce stołecznej uczelni. 22 maja był na bazarze, jak twierdzi, drugi raz w życiu, by się z kimś spotkać. Nie żyje z handlu, uczy angielskiego. Ma żonę Polkę.

Henry: - Widziałem, jak policjant w cywilu szamotał się z czarnoskórym mężczyzną. Ten się wyrywał. Wtedy nadbiegł inny czarnoskóry. Krzyczał do policjanta, czemu on tak traktuje człowieka. Policjant, przytrzymując jedną ręką pojmanego, wyjął z kabury broń i skierował na mężczyznę stojącego przed nim. Tamten prosił, by schował pistolet, bo ludzie się boją. "Odejdź", odkrzyknął policjant. I padł strzał. Czarnoskóry osunął się na ziemię. Policjant schował broń do kabury i próbował go ratować, naciskał miejsce, gdzie wypływała krew. Ludzie wokół zaczęli być agresywni, poleciały kamienie, przedmioty. Policjant chyba dostał krzesełkiem. Wycofał się. To już widać na filmie wrzuconym do internetu. Kilku czarnoskórych usiłowało pomóc rannemu. Bezskutecznie.

Gdy na bazar wkroczyły posiłki policji, Henry uciekł. Uważa, że dobrze zrobił. Nie ufa polskiej policji: - Kiedyś policjanci sprawdzali mi dokumenty, nie wszystko rozumiałem, zapytałem, czy mogą po angielsku. Usłyszałem: "K..., Murzyn, jesteś w Polsce, spier...". Jak policjant mógł tak się odezwać?

Z Johnnym i jego żoną Anną spotykam się w ich mieszkaniu. Na bazarze handlują od czasu do czasu, w weekendy. Mają jakąś inną pracę, nie chcą mówić jaką.

Johnny znalazł się wśród zatrzymanych przez policję po śmierci Maxwella. Ma zarzut czynnej napaści na funkcjonariusza. Opowiada jego żona: - Johnny poszedł na bazar kupić kurtkę. Widział zamieszanie, chciał nagrać je komórką. Policjanci chcieli mu zabrać telefon, bronił się.

Tam było zamieszanie, bo przecież zastrzelony został człowiek. Jak by się pan zachował, gdyby ktoś panu zabił przyjaciela? Policja teraz mówi, że tam wybuchły zamieszki i wyłapali napastników. A policjant, który zabił? Na zwolnieniu lekarskim.

Owszem, oni sprzedają podróby. Ale nie tylko oni: na Stadion przyjeżdżają właściciele sklepów z Polski i też kupują od Chińczyków metki, znaki firmowe i doszywają. A czy Afrykanie mają inne wyjście niż bazar? Przecież nikt ich nie chce zatrudnić.

Łapanki czarnych ze Stadionu

- Bazar to dla nas praktycznie jedyna szansa - mówi Michael. Mieszka w Polsce od pięciu lat. Ma żonę Polkę, dwoje dzieci.

Opowiada: - Było nas dziesięcioro. Ojciec zmarł. Mama handlowała czym się da. Ja sprzedawałem na ulicy wodę, jajka. Ledwo starczało. Żeby wyjechać, musiałem zapłacić 5,5 tys. euro. Nie możesz tak po prostu iść do polskiej czy niemieckiej ambasady po wizę. Pytają: ile masz na koncie, czy cię stać na podróż? Większości nie stać. Ale są agencje, załatwiają wizy. Jak? Biorą 5,5 tys. euro i załatwiają.

Żeby mnie wyprawić do Polski, moja rodzina sprzedała jedyny kawałek ziemi. Dostałem 30-dniową wizę. Ja nie wybierałem Polski, w agencji powiedzieli: To jedyna możliwość wyjazdu do Europy. Tam jest praca, to bogaty kraj.

W Warszawie nie miałem kontaktów. Pierwsze noce spałem w hotelu robotniczym. Szukałem pracy w sklepach, na budowie. Pieniądze się skończyły. W hotelu powiedzieli: rano płacisz, wieczorem śpisz. Zatrzymali mój bagaż, wszystko, co miałem, bo nie mogłem zapłacić za jedną noc. Pojechałem spać na Dworcu Centralnym. W końcu któryś z zaczepianych przeze mnie Afrykanów powiedział: "Jedź na Stadion".

Pomagałem sprzedawać podrobione buty i koszulki. Na koniec dnia dostawałem 20 zł, czasem 50. Codziennie o 6 rano rozkładałem towar. Niewiele, tak by zdążyć go schować, gdy pojawi się policja.

Prawie nie miałem co jeść, byłem chudy, jakbym miał HIV.

Po pięciu miesiącach uciekłem z Warszawy na Mazury. Dołączyłem do kolegi z Nigerii, który grał afrykańską muzykę. Poznałem żonę.

Bazar wspominam jak koszmar. Policjanci nas, Afrykanów, traktują gorzej niż Chińczyków czy Wietnamczyków, popychają, obrażają. A przecież my te najki i adidasy kupujemy od tamtych. Wiele razy uciekałem przed policją, to straszne przeżycie - wspomina Michael.

Anna i Johnny widzieli na bazarze niejedną taką akcję.

- Ktoś krzyczy: "Policja idzie!". Ludzie uciekają między budy. Z towarem w ręce, czasem rzucają ten towar byle uciec. Policja ich goni, wszyscy wrzeszczą. Afrykanie - tłumaczy Anna - handlują z ręki. Przy sobie mają tylko tyle co w reklamówce. Reszta towaru jest w samochodach. Co z tego, że to nielegalny towar? Czy to powód, by strzelać i robić łapanki na czarnych?

Opowiada James: - Zostałem zakuty w kajdany, choć na stadion przyjechałem uspokajać ludzi. To ja prosiłem: protestujcie bez przemocy. Ale policja zatrzymywała po prostu obcych. Handlują na bazarze, bo Polacy odmawiają im pracy, także takim, którzy mają legalne papiery. Dlaczego? Bo są kolorowi. To czysty rasizm, choć niewypowiadany otwarcie.

Tu, wiadomo, łatwo nie jest

James jako jedyny z naszych rozmówców chce się przedstawić. Ale, zaznacza, wystarczy imię i funkcja - prezes Nigeryjskiego Forum Przyjaciół. Wysoki, przed czterdziestką. Poznajemy się w Szpitalu Wolskim, lekarze robią mu zastrzyki. - Boli mnie bark i plecy. To efekt użycia siły przez policję na Stadionie - wyjaśnia James.

Pędzi na spotkanie modlitewne swojego kościoła The Redeemed Christian Church of God. Wiezie mnie autem z kierownicą po prawej stronie, James mieszka na stałe w Londynie, tam ożenił się z Polką, ma tam swój biznes.

Po drodze skarży się, że w komisariacie policjant nazwał go "Murzynem". Ze zdziwieniem słucha moich wyjaśnień, że określenie, którego Afrykanie nie znoszą, dla większości Polaków jest neutralne. Jest przekonany, że wielu mówi "Murzyn" nawet wtedy, gdy wiedzą, że to Afrykanów obraża.

Do sali wynajętej przez kościół Jamesa schodzą się Nigeryjczycy, będą modlić się za Maxwella. James kładzie na stoliku biblię, uruchamia laptop, na stronie startowej - zdjęcie wdowy po Maxwellu. - Staramy się pomóc jej w organizacji pogrzebu w Nigerii, to kosztuje. Planujemy pożegnanie Maksa w Polsce, czuwanie przy zwłokach - tłumaczy James.

Pokazuje też inne zdjęcie znane z gazet: grupa Afrykanów składa wieńce pod Pałacem Prezydenckim po katastrofie w Smoleńsku: - Ja to organizowałem!

James: - Nie jesteśmy chuliganami, a mamy policyjny dozór. Dlaczego? Przecież nie uciekniemy. Tu są nasze polskie żony, dzieci. Wielu z nas ma solidne wykształcenie. Ja mam dyplomy z zarządzania kryzysowego, mikrobiologii, komunikacji i marketingu. Ale to nie znaczy, że w Polsce jest mi łatwo, bo tu... wiadomo, łatwo nie jest.

Polacy nie chcą czarnych

Michael: - Mówię rodzinie przez telefon, jak tu jest naprawdę. Przez pięć lat nigdy nie miałem legalnej pracy. Pracodawcy mówią, że muszę dobrze mówić po polsku, nawet żeby sprzątać. Myślę, że nie o język chodzi. Nikt nie powie wprost, ale Polacy nie chcą czarnych. Kilka razy pobili mnie skinheadzi. Nie szedłem na policję. Bo to tak, jakbyś walczył z diabłem i poszedł do innego diabła prosić o pomoc. Nie ufam Polakom. Boję się. Podróż metrem to wyzwanie. Wszyscy gapią się na mnie. Normalnie, jak ktoś na ciebie patrzy, mógłbyś pomyśleć, że się mu podobasz. Ale ja tu widzę nienawiść, złość.

Anna: - Afrykanie mówią, że w Polsce jest rasizm. Ja i Johnny raczej nie spotykamy się z niechęcią. Ludzie mówią nam "dzień dobry". Czasami tylko zdarzają się zaczepki, takie nie wprost - np. przechodzi para staruszków i on mówi do niej: "No jakby Polaka nie było". Odpowiadam, że dla mnie widocznie nie było. Nie wiem, jak niektórym wytłumaczyć, że kolor skóry nie ma znaczenia, świat już jest wymieszany i to się nie cofnie. Nawet mój brat nie akceptuje Johnny'ego. Mówi mi: "Ty jesteś inna". Odpalam mu: "To ty jesteś inny, nie potrafisz zrozumieć".

Johnny: - W tramwaju czasem słyszę: "O! znowu czarny". Albo podpici ryczą: "K... bambus". Nie dbam o to. Dopóki ktoś nie atakuje mnie fizycznie, kontroluję się.

James: - Po śmierci Maksa nie czuję się w Polsce dobrze. Przedtem też nie było idealnie, ale lepiej. Niedawno na ulicy jakiś mężczyzna zrobił gest, jakby mierzył do mnie z pistoletu. Głupi żart, ale takie rzeczy tworzą atmosferę. Jak by się pan czuł na moim miejscu?

Tymczasem w Warszawie odbyły się już dwie manifestacje pod hasłem "Precz z przemocą policji". Powstała tez strona internetowa o tragedii www.solidarnizmaksem.bzzz.net.

Moje życie wywrócone

James: - Planowałem tu otworzyć szkołę językową. Ale teraz poczekam, co się będzie działo. Znajomym Nigeryjczykom radzę: bądźcie ostrożni. Obserwuję, jak władze, policja, prokuratura, ale też zwykli obywatele zmierzą się z tym, co się stało na Stadionie. Władze powinny pomóc wdowie. To niepracująca kobieta z trojgiem dzieci. Jej mąż zginął przecież w akcji policji. Sieroty powinny mieć wsparcie państwa aż do chwili, gdy skończą studia.

Henry: - Nie będę się wychylał. Nie pokażę twarzy w mediach. Nie złożę zeznań. Wiem, że nie potraktują mnie obiektywnie, jak białego Polaka.

Michael: - Już wcześniej zdecydowałem - wyjeżdżam. Jeżeli żona i dzieci tylko zechcą, pojadą ze mną. Nie chcę tu skończyć jak Maxwell. Do tej pory nikt nawet nie powiedział przepraszam.

Johnny: - Chcę zostać w Polsce. Przecież do niedawna nic złego mnie tu nie spotkało. Nadal chcę tu grać w piłkę, marzę, żeby zostać zawodowym piłkarzem.

Anna: - Boję się, że to wszystko się będzie ciągnęło i ciągnęło, to meldowanie się na policji, te przesłuchania. To okropne: jesteś niewinny, a mimo to w jakiś sposób skazany. Nie masz wolności, nie możesz nawet pojechać na wakacje. Ale jestem pewna, że kiedyś będzie proces tego policjanta i ja wtedy pójdę do sądu. Znowu będzie niepokój, znowu nerwy. Chcę czy nie chcę, to, co się zdarzyło na Stadionie, wywraca moje życie.

 

Źródło: Gazeta Wyborcza